<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<!-- generator="FeedCreator 1.8.0-dev (info@mypapit.net)" -->
<rss version="2.0"  xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
    <channel>
        <title>Świerszczyk - Magazyn dla rodziców</title>
        <description></description>
        <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/</link>
        <lastBuildDate>Thu, 17 May 2012 22:11:18 GMT</lastBuildDate>
        <generator>FeedCreator 1.8.0-dev (info@mypapit.net)</generator>
		<atom:link href="http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/kanal-rss.html" rel="self" type="application/rss+xml" />        <item>
            <title>Czy my, mamy, mamy prawo nie mieć czasu dla dzieci?</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/madra-milosc/czy-my-mamy-mamy-prawo-nie-miec-czasu-dla-dzieci.html</link>
            <description><![CDATA[Bycie matką proste nie jest. Większość kobiet, kt&oacute;re są matkami (i
pewnie te, kt&oacute;re nimi nie są) nie ma wątpliwości &ndash;
to zadanie, a wręcz wyzwanie dla naszej odporności psychicznej i
fizycznej. Ta rola od zawsze wiązała się z dużym obciążeniem dla
kobiet, ale wydaje się, że w dobie pampers&oacute;w,
słoiczk&oacute;w i innych udogodnień powinno nam być łatwiej, a
przynajmniej teoretycznie powinniśmy mieć więcej czasu dla siebie. Czy
tak jest? <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Cyborg ideał</span><br
 style="font-weight: bold;">
<br />
Wsp&oacute;łczesna mama ma być czuła, ale silna. Akceptująca
dziecko, ale nieakceptująca jego złych zachowań. Powinna dbać o
sw&oacute;j rozw&oacute;j, ale nie może zapominać, że wczesna
edukacja to połowa sukcesu. Jest cierpliwa, a jeśli nawet się
zdenerwuje, umie okazywać swoje uczucia tak, by nie ranić uczuć
dziecka. To matka, kt&oacute;ra potrafi chwalić i pamięta, jak
należy to robić (&bdquo;wiem, wiem, za dużo chwalenia powoduje, że
dziecko nie jest odporne na krytykę, ale gdzie kończy się pochwała, a
zaczyna presja?&rdquo;). To matka, kt&oacute;ra dzieciom zbyt
dominującym wyznacza granice, a dzieci nieśmiałe popycha do aktywności
(&bdquo;jakie jest moje dziecko, do licha?&rdquo;). No i przede
wszystkim wsp&oacute;łczesna matka spełnia się zawodowo!
Uff&hellip; tylko cyborg byłby w stanie coś takiego wytrzymać. A
&bdquo;czas dla siebie&rdquo; to w tej sytuacji byt
nieistniejący.<br />
<br />
Oto przykładowe odpowiedzi mam, kt&oacute;re spotkałam na ostatnim
z warsztat&oacute;w umiejętności wychowawczych dotyczące posiadania
wolnego czasu.<br />
<ul>
  <li>&bdquo;Na razie nie mam czasu dla siebie, ale Jasiek ma
p&oacute;ł roczku, więc wiadomo, jestem mu potrzebna dzień i
noc&rdquo;.</li>
  <li>&bdquo;No nie&hellip; przy dwulatku znaleźć czas
dla siebie? Widziałaś kiedyś dwulatka pozostawionego na moment bez
nadzoru?&rdquo;.</li>
  <li>&bdquo;Jest już lepiej, chodzi do przedszkola, ale ja w
tym czasie jestem w pracy, potem zakupy, pranie&hellip;
Wr&oacute;cę do swojego hobby, jak p&oacute;jdzie do
szkoły&rdquo;.</li>
  <li>&bdquo;Boże, ile te dzieci mają teraz zadane! Gdyby nie
moja pomoc, całą noc siedziałby nad tymi lekcjami! Dobrze, że są
wakacje. Może wtedy przeczytam jakąś biografię. Tak to kiedyś
lubiłam&rdquo;.</li>
</ul>
<br />
Kiedyś&hellip; za p&oacute;ł roku, za rok, jak skończy 5 lat,
jak p&oacute;jdzie do przedszkola/do szkoły/na studia&hellip;
Kiedyś będę miała czas dla siebie. Przecież mam prawo do wolnego czasu,
prawda? Kiedyś&hellip; Bliżej nieokreślone
&bdquo;kiedyś&rdquo;. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Wystarczająco dobra matka</span><br />
<br />
Wsp&oacute;łczesna psychologia podkreśla ogromny wpływ matki (czy
kogokolwiek, kto jest dziecku najbliższy) na ukształtowanie nie tylko
osobowości dziecka, ale wręcz jego pomyślnej przyszłości. To poczucie
matczynego sprawstwa z jednej strony jest dla nas radością i dumą
(&bdquo;w kołysce leży dorosły&rdquo;, jak m&oacute;wił
Zygmunt Freud), ale przecież za tym kryje się r&oacute;wnież
obciążenie i poczucie niezmiernej, wręcz przytłaczającej
odpowiedzialności. Bez wątpienia pojęcie wprowadzone przez Donalda
Woodsa Winnicotta &bdquo;wystarczająco dobra matka&rdquo;,
kt&oacute;re funkcjonuje w świadomości nowoczesnych mam, pomogło
ustalić pewne priorytety. Terminem tym określona jest matka,
kt&oacute;ra na początku angażuje się maksymalnie, by zaspakajać
potrzeby noworodka i niemowlęcia, ale w toku dziecięcego rozwoju
pozwala zar&oacute;wno i jemu i sobie na autonomię, rozumianą jako
realizację własnych potrzeb.<br />
<br />
Uff, niby proste, ale problem jak zawsze tkwi w szczeg&oacute;łach
&ndash; jakież to potrzeby może mieć matka? I kt&oacute;re z
tych potrzeb może realizować, bez ciągłego poczucia winy zmieszanego
ewentualnie z przekonaniem o byciu wyrodną matką? Czy to, co robię jako
kobieta dla siebie jest ok? Gdzie kończy się dbanie o siebie, a zaczyna
matczyny egoizm? Czy jestem matką wystarczająco dobrą czy może już tą
nie dbającą o dzieci?<br />
<br />
Wiele razy rozmawiam na ten temat, prowadząc warsztaty dla mam i zawsze
sytuacja jest podobna &ndash; wymagania, jakie stawiają sobie
matki, są czasami tak nierealistyczne, że wyartykułowane w grupie
wzbudzają radość, a w końcu zdziwienie. &bdquo;To matka,
opr&oacute;cz jedzenia (zwykle resztek po dzieciach, na stojąco),
ma prawo coś chcieć?&rdquo;,&nbsp; &bdquo;Matka ma prawo do
miłości, leżenia, odpoczynku, snu, kursu tańca brzucha?&rdquo;.
Wiele matek traktuje swoje wyczerpanie jako normę wpisaną w bycie
matką. Często zadaję wtedy uczestniczkom warsztat&oacute;w
następujące pytania: <br />
<ul>
  <li>&bdquo;czy kiedykolwiek czułyście, że realizowanie
potrzeb dzieci i spychanie na margines własnych spowodowało, że
zaczynałyście czuć, że dzieci są zagrożeniem dla was, dla waszego
małżeństwa, dla zdrowia, dla r&oacute;wnowagi
psychicznej?&rdquo;; </li>
  <li>&bdquo;czy kiedykolwiek z powodu przemęczenia
zareagowałyście na jakieś zachowanie dziecka wręcz histerycznie lub, co
gorsza, przemocą?&rdquo;&hellip;</li>
</ul>
<br />
Wszystkie matki m&oacute;wią &ndash; tak. Dla każdej z nas to
inny moment był tym granicznym:<br />
<ul>
  <li>&bdquo;kiedy poszłam z Jasiem na plac zabaw i zasnęłam
na ławce&rdquo;;</li>
  <li>&bdquo;kiedy mąż mi powiedział, żebym się jakoś ubrała,
bo przyjdzie jego kolega&rdquo;; </li>
  <li>&bdquo;kiedy rozpłakałam się na środku ulicy, bo
przypomniało mi się, ile mam spraw do załatwienia&rdquo;;</li>
  <li>&bdquo;kiedy zaczęłam szarpać moje dziecko, bo nie
chciało iść spać, a ja miałam dość&rdquo;.</li>
</ul>
<br />
Przeciążona obowiązkami matka w końcu przestaje spełniać swoją funkcję.
Ona już nie jest supermatką. Nie jest już nawet &bdquo;jakąś
tam&rdquo; matką &ndash; zaczyna być kimś, kto sam wymaga
pomocy i troski. Steve Biddulph, autor książki &bdquo;Szczęśliwe
dzieciństwo&rdquo;, por&oacute;wnuje takich rodzic&oacute;w
&ndash; wyczerpanych i bez energii &ndash; do samochodu,
kt&oacute;ry jeździ na łysych oponach i tankuje za ostatnie 10 zł. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Dbać o siebie z obowiązku?</span><br />
<br />
Dzieci potrzebują matek, a nie &ndash; robot&oacute;w. Niby to
wiemy, ale za tą wiedzą nie idą konkretne działania. Niby wiemy, że
żeby dobrze wychowywać dziecko, trzeba mieć czas, energię i uwagę. Ale
mamy problem z akceptacją faktu, że w związku z tym do
obowiązk&oacute;w rodzic&oacute;w należy dbanie o własne
samopoczucie, wypoczynek i ciągłe odnawianie zapas&oacute;w
energii. Nie można dać nikomu czegoś, czego się samemu nie posiada. Jak
inaczej wychować dziecko w poszanowaniu dla innych? Jeśli podpieramy
się nosem ze zmęczenia,&nbsp; jak pokażemy dziecku, że życie jest
piękne, a bycie rodzicem to wartość, kt&oacute;ra sprawia nam
radość? <br />
<br />
Może po prostu brakuje nam odwagi. Odwagi, by powiedzieć swoim bliskim:
&bdquo;nie mam więcej siły&rdquo;, &bdquo;chcę
poleżeć&rdquo;, &bdquo;chcę zrobić coś dla
siebie&rdquo;&hellip; Może to irracjonalny strach, że utracimy
naszą pozycję &ndash; NIEZASTĄPIONEJ MATKI. A może lęk, że takie
nasze zachowanie spowoduje u innych złość. A może po prostu panicznie
boimy się utracić akceptację ważnych os&oacute;b. Przecież
powiedzenie: &bdquo;nie zrobię ci kolejnego papierowego
samochodzika, bo teraz będę sobie w spokoju pić kawę&rdquo; naraża
nas na płacz dziecka albo, co gorsza, na tekst: &bdquo;mamo, nie
lubię cię&rdquo;.<br />
<br />
To nie jest gra, w kt&oacute;rej ktoś wygrywa (mamy wolny czas), a
ktoś przegrywa (dziecko, kt&oacute;remu zabrano obecność matki).
Ćwicz bycie matką w bezczynności. Nie matką bezmyślną, ale KIMŚ, kto
dba o siebie, ma czas na &bdquo;nicnierobienie&rdquo;, na
dobroczynny spok&oacute;j. Na zapomnienie o przyniesieniu,
wyniesieniu, uregulowaniu, podtarciu, wypraniu, załatwieniu, podaniu,
przygotowaniu, odkręceniu, skontrolowaniu&hellip; <br />
<br />
Zacznij prosić o pomoc, m&oacute;wić, szukać, otw&oacute;rz się
na świat... Kobieta matka, kt&oacute;ra nie zamyka się na nowe, na
relacje os&oacute;b dorosłych, jest otwarta na r&oacute;żne
aktywności (nie tylko na wyjście do klubu mam, kt&oacute;ry
opr&oacute;cz niewątpliwych zalet ma też wady &ndash; dalej tak
naprawdę kręcimy się wok&oacute;ł dziecka), ma zdecydowanie większe
szanse na zaspakajanie własnych potrzeb w spos&oacute;b zupełnie
naturalny. <br />
<br />
Wsparcie emocjonalne jest ważne, ale nie oszukujmy się, potrzeba nam po
prostu fizycznej pomocy drugiego człowieka. Nic nie pomoże rada
koleżanki, nawet dana w najlepszej wierze (&bdquo;musisz odpocząć,
jak jesteś zmęczona, krzyczysz na dzieci &ndash; będą potem
nerwowe, zresztą z twojej winy&rdquo;). Rada w stylu:
&bdquo;weź sobie relaksującą kąpiel&rdquo; jest oczywiście
super, tylko jak to zrobić, gdy w drzwi wali dwulatek? Nie masz czasu
wolnego, matko? Twoja wina &ndash; jesteś za mało asertywna! <br />
<br />
Dbaj o siebie &ndash; tak po prostu &ndash; jesteś tego warta.
Nie dlatego, że jesteś matką i powinnaś być zdrowa, a twoje zmęczenie i
zniechęcenie odbije się negatywnie na tych, kt&oacute;rych kochasz
najbardziej. Nie szukaj powod&oacute;w, dla kt&oacute;rych masz
prawo mieć wolny czas, nie szukaj usprawiedliwia w teoriach
psychologicznych, a przede wszystkim nie pytaj o zgodę innych.<br />
Bądź KIMŚ, kto wcale nie musi być cały czas obok, na wyciągniecie ręki.
Może raz na jakiś czas bycie KIMŚ, gdzieś na horyzoncie, jest
wystarczająco dobre?<br />
<br />
Iwona Chądrzyńska<br />]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Wed, 16 May 2012 12:58:40 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/madra-milosc/czy-my-mamy-mamy-prawo-nie-miec-czasu-dla-dzieci.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Złamane skrzydło</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/zlamane-skrzydlo.html</link>
            <description><![CDATA[Było to dawno, dawno temu. W niewielkiej chatce na skraju wioski
mieszkała dziewczyna imieniem Marianna. Było jej ciężko, bo nie miała
nikogo bliskiego. Ludzie dawali jej czasem jakąś robotę, ale niezbyt
chętnie, bo trochę jej się bali. A to dlatego, że Marianna nie
m&oacute;wiła. W og&oacute;le się nie odzywała. Czy tak było
zawsze, tego nikt do końca nie wiedział. Pewna stara babka wspominała
wprawdzie, że kiedyś, przed laty, Marianna była wesołym i gadatliwym
dzieckiem, że lubiła śpiewać i że śpiewała pięknie, ale
opr&oacute;cz tej babki nikt niczego takiego nie pamiętał, więc
pewnie były to jakieś bajdy. <br />
<br />
Kt&oacute;rejś wiosny, gdy Marianna wracała po pracy do swojej
chatki, zobaczyła grupkę dzieci pochylonych nad czymś na drodze. Na
widok dziewczyny uciekły, a tam, gdzie wcześniej stały, pozostało coś
niewielkiego, szarobrązowego. <br />
<br />
Marianna podbiegła i podniosła malutkie, pokryte szarobrązowymi
pi&oacute;rami stworzonko. Ptak w pierwszej chwili poruszył się
gwałtownie, ale zaraz znieruchomiał.&nbsp; Marianna poczuła szybkie
bicie jego serca i jej serce także przyśpieszyło. Wiedziała, że z
ptakiem musi być coś nie tak, bo inaczej dawno by już odleciał. Teraz
zobaczyła wyraźnie: miał złamane skrzydło. <br />
<br />
Marianna jak najdelikatniej zaniosła ptaka do swojej chatki. Tam na
własnej poduszce przygotowała mu posłanie. Rozpaliła w piecu, zagrzała
trochę mleka, a potem przez słomkę podała z kubka kroplę nowemu
szarobrązowemu domownikowi. Wypił tę, a potem następną i jeszcze
następną, aż do dna. <br />
<br />
Marianna usztywniła i opatrzyła zranione skrzydło i z radością
zauważyła, że ptak uspokoił się i zasnął. W czasie kolejnych, coraz
cieplejszych dni i tygodni karmiła go, zmieniała opatrunek i
przyglądała się skrzydłu. Czy się zrośnie? A jeśli tak, to czy zrośnie
się dobrze i ptak będzie m&oacute;gł na powr&oacute;t latać? A
jeśli tak, to czy odleci w dal i pozostanie tylko w jej wspomnieniach? <br />
<br />
Na razie jednak, choć wydawało się, że skrzydło już całkiem porządnie
się zrosło, ptak nie opuszczał poduszkowego gniazda. Pewnego ciepłego
majowego wieczora Marianna wyniosła go przed chatkę i usiadła na progu.
Zachodziło słońce, pachniały bzy. Marianna na chwilę zamknęła oczy i
wtedy usłyszała śpiew. Najpierw cichy, smutny, a potem nagle pełen
życia i radości. Uniosła powieki i nad sobą, na krzewie bzu zobaczyła
swojego szarobrązowego ptaka. To on tak śpiewał. Ale jak się znalazł
tak wysoko na gałęzi? <br />
Jakby w odpowiedzi ptak rozwinął skrzydła. Wtedy Marianna pomyślała, że
to już koniec, że ptak żegna się z nią tym śpiewem. Zaraz odleci i już
nigdy więcej się nie zobaczą&hellip;<br />
&ndash; Nie! Nie odchodź, proszę! &ndash; usłyszała nagle
sw&oacute;j głos. <br />
A ptak uni&oacute;sł się z gałęzi, podleciał i usiadł na jej
kolanach.<br />
<br />
Kiedy po kilku dniach kt&oacute;ryś z mieszkańc&oacute;w wioski
wstąpił do chatki Marianny, okazało się, że jest pusta.
R&oacute;żnie ludzie o tym m&oacute;wili. Jedni powiadali, że
szarobury ptak był zaklętym księciem, kt&oacute;ry zabrał Mariannę
do swojego zamku. Drudzy &ndash; że to sama Marianna zmieniła się w
drugiego szaroburego ptaszka, że pobrali się i odtąd co wiosna będą
śpiewać mieszkańcom okolicznych wiosek. Jak tam było, do końca nie
wiadomo, ale i jedni, i drudzy byli pewni, że Marianna i jej mąż żyli
odtąd długo i szczęśliwie A to przecież najważniejsze, prawda?
<br /><br />Wojciech Widłak]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Mon, 07 May 2012 06:56:26 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/zlamane-skrzydlo.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Widok na zatokę</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/widok-na-zatoke.html</link>
            <description><![CDATA[Anka wytarła dłonie o przybrudzone spodnie, odkręciła butelkę
mineralnej i spojrzała na zatokę wypełnioną ludźmi w kolorowych
tiszertach. <br />
Lubiła ten widok. W oddali bieliły się żagle dachu opery przypominające
wielkie płetwy rekin&oacute;w, a za nimi drapacze chmur i wygięty w
łuk Harbour Bridge, kt&oacute;ry wszyscy tutaj nazywali po prostu
&bdquo;wieszakiem&rdquo;. <br />
Kto by pomyślał, że będą mieszkać w Sydney?<br />
Schowała butelkę do pł&oacute;ciennej torby i poszukała wzrokiem
Sienny, Wojtka i Martynki. <br />
Szli parę metr&oacute;w za nią, raz po raz pochylając się i
wrzucając kolejne znalezisko do ogromnego worka. Martynka wyglądała
rozczulająco w zielonej sukience w wisienki i o wiele za dużych
gumowych rękawicach.<br />
<br />
Postanowili z Wojtkiem, że po śniadaniu pojadą na wycieczkę i pokażą
jej błękitną mgiełkę unoszącą się nad lasem eukaliptusowym. To miał być
jeden z prezent&oacute;w na si&oacute;dme urodziny. <br />
Nic z tych plan&oacute;w nie wyszło.<br />
Sienna miała wielki dar przekonywania. Jej nie znające makijażu, usiane
drobnymi piegami policzki pokrywały się coraz ciemniejszym rumieńcem,
kiedy przekonywała ich, że tej niedzieli powinni zostać w mieście. <br />
&ndash; Las może poczekać.<br />
<br />
Była zaledwie dziesięcioletnią dziewczynką, kiedy towarzyszyła rodzicom
w czasie służbowej podr&oacute;ży do Kalifornii. Po wybuchu
platformy wiertniczej w okolicach Santa Barbara około stu tysięcy
baryłek ropy wyciekło, zanieczyszczając czterdzieści mil plaż i
powodując powolną śmierć ptak&oacute;w, delfin&oacute;w,
lw&oacute;w i słoni morskich. M&oacute;wiono, że tłuste,
ciemne, ciężkie fale uderzały wtedy o brzeg w zupełnej ciszy. <br />
Sienna zapamiętała wyraz twarzy ojca i rozmowy ludzi w kombinezonach
usiłujących oczyścić pi&oacute;ra oblepionych ropą
ptak&oacute;w.<br />
Kiedy opowiadała, Martynka wygięła usta w podk&oacute;wkę.<br />
&ndash; I co było dalej, ciociu? Uratowali te ptaszki?<br />
&ndash; No c&oacute;ż, mn&oacute;stwo ludzi zaczęło
protestować i w końcu postanowili, że trzeba wprowadzić odpowiednie
przepisy chroniące środowisko, a 21 marca będzie specjalnym dniem. <br />
&ndash; Dniem Ziemi? <br />
&ndash; Właśnie. To co? P&oacute;jdziecie jutro ze mną?<br />
<br />
Zanim wyszli z domu radio podało, że na wybrzeżu gromadzą się
dziesiątki tysięcy ludzi. Większość niesie foliowe worki,
niekt&oacute;rzy dodatkowo są uzbrojeni w długie kije zakończone
metalowymi szpikulcami. <br />
Teraz worki szybko zapełniały się brudnym plastikiem, kawałkami blachy,
potłuczonym szkłem, niezliczoną ilością poczerniałych pet&oacute;w,
reklam&oacute;wek i papier&oacute;w. Kilkunastu mężczyzn
ładowało na ciężar&oacute;wkę przeżarte rdzą szkielety porzuconych
samochod&oacute;w. <br />
Nieopodal kręcili się policjanci, widać było zaparkowaną karetkę
pogotowia, ale nie działo się nic niepokojącego. <br />
Panowała atmosfera gigantycznego pikniku.<br />
Uśmiechnięty starszy mężczyzna w czapce z daszkiem ni&oacute;sł
biało-niebieską chorągiewkę z rysunkiem słońca, chmurki i mostu
&ndash; Dzień Sprzątania Portu. <br />
<br />
Człowiek, kt&oacute;ry to wszystko wymyślił, nazywał się Ian
Kiernan i był sympatycznie wyglądającym pięćdziesięcioletnim
przedsiębiorcą. Właśnie udało mu się zrealizować marzenie życia
&ndash; wziął udział w regatach i opłynął świat w pojedynkę. <br />
Kiedy wsiadał na jacht Spirit of Sydney, marzył jednak o czymś jeszcze.
Chciał zobaczyć słynny las złotych wodorost&oacute;w na Morzu
Sargassowym &ndash; jedynym morzu pozbawionym wybrzeża,
kt&oacute;remu za brzegi służą prądy morskie. Dzięki temu gromadzą
się tam wodorosty przypominające portugalskie winogrona sarga. Niegdyś
m&oacute;wiono, że te ogromne złote glony pochodzą z Atlantydy, że
dopiero po jej zatonięciu wypłynęły na powierzchnię. Przerażeni
żeglarze od dawien dawna opowiadali sobie o pojawiających się w tych
okolicach straszliwych potworach. <br />
To, co zobaczył Ian Kiernan po dopłynięciu na miejsce, odebrało mu
mowę. Na powierzchni mętnawej wody, wśr&oacute;d poczerniałych
umierających glon&oacute;w unosiły się tony śmieci. Morze
Sargassowe było morzem śmie(r)ci. <br />
Po przepłynięciu dwudziestu siedmiu tysięcy mil w czasie stu
pięćdziesięciu sześciu dni i ustanowieniu tym samym rekordu Australii
wr&oacute;cił do kraju i postanowił wykorzystać błyskawicznie
rosnącą popularność. Opowiedział o&nbsp; swoim pomyśle przyjaciołom
i wieść o akcji rozeszła się pocztą pantoflową &ndash; dzięki takim
ludziom jak Sienna.<br />
<br />
Worek stawał się coraz cięższy, łatwiej było go teraz ciągnąć po piasku
niż nieść.<br />
Anka stwierdziła, że odstawi go na wyznaczone miejsce, zanim folia
pęknie i cała zawartość znajdzie się z powrotem na ziemi.<br />
<br />
<small><span style="font-weight: bold;">Kalendarium:</span><br />
1969 &ndash; katastrofa ekologiczna w okolicach Santa Barbara w
Kalifornii wywołuje masowe protesty<br />
1970 &ndash; w USA po raz pierwszy obchodzony jest Dzień Ziemi<br />
8 stycznia 1989 &ndash; zorganizowana przez Iana Kiernana akcja
sprzątania portu w Sydney daje początek popularnej dziś na całym
świecie akcji Sprzątania Świata<br />
22 kwietnia 1990 &ndash; pierwsze obchody Dnia Ziemi w Polsce<br />
wrzesień 1994 &ndash; pierwsza akcja Sprzątanie Świata w Polsce</small>

<p style="margin-top: 20px; font-size: 15px; font-weight: bold">Katarzyna Sowula</p>]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Fri, 13 Apr 2012 11:37:45 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/widok-na-zatoke.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Mądra miłość na co dzień i od święta</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/madra-milosc/madra-milosc-na-co-dzien-i-od-swieta.html</link>
            <description><![CDATA[<p>Basia siedziała na kanapie i z zainteresowaniem oglądała popularny program telewizyjny. Na ekranie – dantejskie sceny. Dwójka kilkulatków okładała się pięściami, pluła na siebie,  przeklinała...  Krzyk dzieci mieszał się z głosem interweniującej matki. <br />
– Mam dość tego horroru. Wyłącz telewizor albo zmień kanał.<br />
Basia zaprotestowała:<br />
– Nic z tego, mamusiu, nie wyłączę. Ja już wiem, czego brakuje tym dzieciom.<br />
– Brakuje? Przecież wszystko mają. Mogą się czuć bezpieczne i szczęśliwe.<br />
– Nie wszystko, mamusiu. Brakuje im mądrej miłości.<br />
– A co to jest ta mądra miłość? – zapytałam rozbawiona.<br />
– Zaraz ci wytłumaczę – odpowiedziała moja specjalistka od uczuć. 
</p>

<p style="margin-top: 10px;">
<b>Mądra miłość jest wtedy, kiedy rodzice mają czas dla dzieci. </b><br />

– Ja wiem, że wszyscy są teraz bardzo zapracowani, mamusiu. I ty, i tatuś. A nawet babcia. Wcale nie chcę, żebyście byli ze mną cały dzień. Mam przecież moją panią, koleżanki i kolegów – w szkole i na świetlicy. Bardzo ich lubię, to moi przyjaciele.  <br />
Ja myślę o takich chwilach, kiedy rodzice i dzieci są tylko dla siebie. Tak jak ty i ja, kiedy wieczorami czytamy bajki. Albo kiedy idziemy na „babski wypad”. Tak, jak tata i Marcin, kiedy sklejają te swoje modele i rozmawiają o samolotach. Albo te nasze niedzielne wyprawy. Wtedy cały czas poświęcamy tylko sobie.<br />
– I to właśnie jest mądra miłość? – zapytałam<br />
– Nie tylko. To dopiero jej mały kawałek – perorowała moja domorosła psycholog. 
</p>


<p style="margin-top: 10px;">
<b>Mądra miłość jest wtedy, kiedy dziecko może być samodzielne.</b><br />

– Każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było samodzielne, mamusiu. Ale nie każdy pozwala dziecku być samodzielnym. To tak, jak ty i mama Zosi. Pamiętasz? Jesienią ustaliłyśmy, że od tej pory sama dbam o swoje ubrania. Co wieczór oglądam prognozę pogody i wybieram z szafy coś odpowiedniego na następny dzień. Powiedziałaś, że jestem wystarczająco dorosła, aby powierzyć mi te obowiązki. W ten sposób nauczę się odpowiedzialności i zadbam o porządek w szafie. A moje brudne ubrania zawsze trafią na czas do pralki.
<br /><br />
Potem wytłumaczyłaś mi, co znaczą te wszystkie obrazki i cyferki na mapie pogody. Na początku było mi trudno. Czasami zapominałam wysłuchać tej prognozy albo coś myliłam. Wtedy mi pomagałaś. Kilka razy byłam nawet zła, że się zgodziłam. Ale potem mi się spodobało, że mój wygląd zależy ode mnie. Wygląd to przecież ważna rzecz.<br />
Dlatego o wszystkim opowiedziałam Zosi, a ona swojej mamie. Jej mama podchwyciła ten pomysł.<br />
– No i ? – zapytałam.  – Teraz obie dbacie o swoją garderobę?<br />
– Niestety,  tylko ja. Mama Zosi wytrzymała zaledwie kilka dni. Najpierw narzekała, że Zosia robi to za wolno. Potem, że za późno, że dopiero po dobranocce. I że nie potrafi odpowiednio dobrać kolorów. Łączy kratkę i kwiatki, a to wcale dobrze nie wygląda. W końcu zaczęła zamieniać ubrania wybrane przez Zosię. Najpierw Zosi było smutno, bo ta samodzielność też jej się podobała. Potem była wściekła, że mama nie dała jej szansy. Teraz, nawet jak mama prosi, Zosia nie chce sama nic wybrać. Mama złości się i krzyczy...
<br /><br />
– I wiesz, zauważyłam, że przez te ubrania i prognozę pogody, jest mi ze wszystkim łatwiej.<br />
– ???<br />
– Uwierzyłam, że potrafię sama sobie poradzić. Kiedy wysłałaś mnie do sklepu po zakupy, to zapomniałam o bułkach. Prosiłaś, żebym zapisała, ale mi się nie chciało. Wiedziałam, że coś mi wypadło z głowy. Najpierw chciałam wrócić do domu. Ale przymknęłam oczy, myślałam i myślałam. To się chyba nazywa – kojarzyłam. Tak, jak te obrazki na mapie pogody. <br />I przypomniałam sobie.<br />
– Brawo! – pochwaliłam. – To znaczy, że wykorzystujesz umiejętności w praktyce. To ważne i mądre, zupełnie, jak ta mądra miłość, o której tyle wiesz.<br />
– Wiem nawet jeszcze więcej. I jeśli chcesz, to ci opowiem. 
</p>

<p style="margin-top: 10px;">
<b>Mądra miłość mówi dziecku, co wolno, a czego nie. Stawia czytelne granice.</b><br />

– No, no robi się coraz ciekawiej. Chcesz powiedzieć, że lubisz nakazy i zakazy?<br />
– Nie bardzo lubię. Ale czuję, że są mi potrzebne. Bo dziecko, mamusiu, jest jak kierowca, który jedzie nieznaną trasą. Musi bardzo uważać, żeby się nie pogubić. Dlatego śledzi wszystkie drogowskazy i postępuje zgodnie z nimi. Następnym razem jest mu już dużo łatwiej.<br />
Te wasze dorosłe reguły to są właśnie takie znaki na drodze.  Dzięki nim wiemy, co robić. Tylko że dzieci mają czasem trudniej niż kierowcy.<br />
– Dlaczegóż to? – zapytałam.<br />
– Bardzo śmieszne, mamusiu. Bo to właśnie przez was, dorosłych. Nie umiecie się zdecydować. Raz mówicie jedno, a potem znowu co innego. Rano drogowskaz znaczy „tak” a wieczorem już „nie”. Pani w szkole zakazuje, a rodzice pozwalają. Czasami robicie nam taki mętlik w głowach, że łatwiej łamać regułę, niż jej przestrzegać.
<br /><br />
To zupełnie, tak jak z Marysią. Ona bardzo lubi słodycze. Ale cukier w nadmiarze szkodzi i psują się od niego zęby. Dlatego rodzice i Marysia ustalili, że słodycze jedzą tylko w weekendy. No a potem Marysia poszła z mamą do sklepu. Długo robiły zakupy, więc były bardzo zmęczone. Mama chciała napić się kawy, a Marysia – soku. Wstąpiły do kawiarni. Mama zamówiła napoje i... ciastka.  Marysia nie chciała ich jeść, bo to był wtorek. Ale mama jej powiedziała, że to wyjątkowo i tylko ten jeden raz.<br />
Nic dziwnego, że niektóre dzieci tak się awanturują w sklepie. Skoro nic nie wiadomo na pewno, to warto powalczyć o swoje. A nóż się uda...
<br /><br />
– I wiesz, co jeszcze ci powiem?<br />
– Jeszcze coś? Już i tak zafundowałaś mi niezłą lekcję wychowawczą. <br />
–  Bo można też całkiem inaczej – ciągnęła  8-letnia pani dydaktyk.<br />
<br />
Nasz klasowy Andrzejek, był kiedyś znany w całej szkole. W czasie lekcji wchodził pod ławkę i czołgał się po podłodze. Prawie nigdy nie słuchał pani. Nie odrabiał prac domowych. Kręcił się i przeszkadzał innym. Zamiast do klasy, szedł do sklepiku. Potem oszukiwał, że mu uciekł autobus. A on przecież mieszka tuż obok szkoły. Pani rozmawiała z nim wiele razy. Nawet dostał kilka uwag. Ale nie było żadnej poprawy. Tylko wzruszał ramionami. Wreszcie pani się zdenerwowała i wezwała jego rodziców. Nie po to, żeby krzyczeć, ale żeby pomóc. I jemu, i reszcie dzieciaków, czyli nam. Bo klasa zaczęła jej się „rozłazić”. 
<br /><br />
Po pierwsze ustalili zasady, których Andrzej musi przestrzegać w domu i w szkole. Pani i rodzice mają  mu w tym pomagać. Teraz Andrzej ma taki specjalny zeszyt. Ile razy się spóźni, tyle razy w rubryce <i>punktualność</i> dostaje czarną chmurkę. Rodzice od razu wiedzą, co się wydarzyło. 
<br /><br />
Wszyscy w klasie przestrzegamy regulaminu. Napisaliśmy go razem z panią. Prawie każdego dnia ktoś z nas głośno go odczytuje. Znamy go już na pamięć. Teraz wisi tu także regulamin Andrzeja. Tam jest napisane, co mu wolno, a czego nie może robić. Kiedy Andrzej próbuje złamać zasadę, pani wskazuje palcem odpowiedni punkt. I on już wie, o co chodzi.
<br /><br />
Za przestrzeganie regulaminu Andrzej dostaje zielone kropki. A za pięć kropek jest nagroda od mamy i taty. Na przykład kino albo dodatkowy basen. Ostatnio był nawet w teatrze. Powiedział, że  zapoznał się z repertuarem, siedząc w pierwszym rzędzie. I teraz nie wypada mu siadywać pod ławką. Rodzice Andrzeja często przychodzą do szkoły i rozmawiają z panią. To się nazywa ścisła współpraca. Andrzej to już zupełnie inny człowiek, mamo – zakończyła swoją opowieść Basia.<br />
– Jaki  morał płynie z tej historii? – zapytałam<br />
– Znaczy, czego się nauczyłam?<br />
– No waśnie, czego? <br />
– Że dawno nie byliśmy razem w teatrze. A najwięcej nauczyli się rodzice Andrzeja. Bo teraz wreszcie wiedzą, że on ich bardzo potrzebuje.<br />
– Kolejny strzał w dziesiątkę” –  powiedziałam. – To teraz wiem już wszystko. <br />
– Nie sądzę... – ripostowała Basia ze stoickim spokojem.
</p>


<p style="margin-top: 10px;">
<b>Mądra miłość nie porównuje. Mądra miłość docenia. </b><br />

Przecież każde dziecko jest inne. Ktoś dobrze czyta, a ktoś świetnie liczy. Niektóre dzieci pięknie rysują, inne śpiewają albo tańczą. A talent może się ujawnić nagle. Kiedy nikt się go nie spodziewa.
<br /><br />
Grześ jest najlepszym matematykiem w naszej klasie. Potrafi rozwiązać każde zadanie. Jego brat, Tomek, też lubi matematykę. Ale nie aż tak bardzo. Kiedyś w szatni mama powiedziała Tomkowi, że mógłby się bardziej starać i tak, jak Grześ przynosić z matematyki piątki, a nie czwórki.<br />
– ?! <br />
– Wcale nie podsłuchiwałam. Po prostu tak jakoś wyszło... I widziałam jeszcze, że Tomkowi zrobiło się przykro. Stał smutny i obrażony. Czy jego mama zapomniała, że Tomek ma same piątki z przyrody? Wie bardzo dużo o zwierzętach. Pani nazywa go konsultantem. A to znaczy, że jest prawie jak uczony.
<br /><br />
Grześ i Tomek są braćmi, ale nie wiem, czy się lubią. To nie takie łatwe lubić kogoś, kto mieszka w tym samym domu i ciągle jest lepszy. Trudno ciągle czuć się gorszym. Gdybym była ich mamą, to raz chwaliłabym Grzesia, a raz – Tomka. <br />Przecież jeden może zostać sławnym matematykiem, a drugi – zwierzyńcem.<br />
– Zoologiem.<br />
– No właśnie. I jeszcze jedno...</p>

<p style="margin-top: 10px;">
<b>Mądra miłość szanuje potrzeby każdego człowieka. Nawet całkiem młodego człowieka.</b><br />

Jak Tomek. Albo jak ja i Marcin. Ja lubię muzykę, a Marcin – samoloty. Ja gram na pianinie, on składa modele. Czy ty, mamusiu, chciałaś, żeby Marcin grał na pianinie?<br />
– Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie. Zwłaszcza kiedy się okazało, że ma dobry słuch.<br />
– A było ci przykro, gdy nie chciał pójść do szkoły muzycznej?<br />
– Może przez chwilę. Potem  przypomniałam sobie, że codzienne ćwiczenie na instrumencie to bardzo ciężka praca. Sama wiesz o tym najlepiej.<br />
– Ale ja to bardzo lubię.<br />
– I to właśnie jest klucz do sukcesu. Trzeba kochać to, co się robi, żeby odczuwać satysfakcję i robić postępy. Nawet, jeśli to tylko małe zwycięstwa. Pomyślałam więc, że wolę szczęśliwego konstruktora niż nieszczęśliwego muzyka. Nie chcę decydować o waszych zainteresowaniach. Mogę wam podpowiadać, pokazywać. Ale wybór należy do was. Szanuję wasze pasje, bo dzięki nim stajecie się mądrzejsi, pewniejsi siebie i bardziej wartościowi.  Każdy człowiek ma prawo do swojej szansy. Rozumiesz?<br />
– Tak. To pewnie znaczy, że nie muszę chodzić do modelarni, a ty mamusiu, wiesz już wszystko o mądrej miłości.<br />
– Wszystkiego nie wiem. Ale jednego jestem pewna...<br /><br />

<b>Mądra miłość ciągle się rozwija, patrząc w twarz drugiego człowieka. Mądra miłość pielęgnuje samą siebie. Musi jej przecież starczyć na całe życie.</b>
</p>





















<p style="margin-top: 20px; font-size: 15px; font-weight: bold">Joanna Pluta</p>]]></description>
            <author> a.spodobalska@nowaera.pl (Aleksandra Spodobalska)</author>
            <pubDate>Sun, 01 Apr 2012 12:20:51 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/madra-milosc/madra-milosc-na-co-dzien-i-od-swieta.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Dżentelmem, dżentelmenka i trąba</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/dzentelmem-dzentelmenka-i-traba.html</link>
            <description><![CDATA[<p><img src="http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/images/gk.jpg" align="right" style="padding-left:30px;">Warto być bajkopisarzem. Lecz nie ze względu na stan konta, ale możliwość częstych rozmów z dziećmi i ich rodzicami. Okazuje się bowiem, że mali czytelnicy i duzi czytelnicy, choć często mieszkają w tym samym domu, mają odmienne zdanie na niemal każdy temat. Porządki, obowiązki, rozrywki... Dzieci, słysząc te słowa, wyobrażają sobie coś innego niż dorośli. Podobnie zresztą jak wówczas, gdy mówimy o savoir-vivrze.
<br /><br />
– Co to jest savoir-vivre? – zapytałem podczas jednego ze spotkań autorskich.<br />
– Coś do... – odparł zamyślony siedmiolatek – do... do jedzenia pewnie.<br />
– Pudło.<br />
– Ale to o jedzeniu – wsparł siedmiolatka kolega. – O tym, jak się zachowywać przy jedzeniu!<br />
– Tylko przy jedzeniu?<br />
– Tylko!<br /><br />

Bo zasady dobrego wychowania obowiązują ponoć wyłącznie przy stole. Pytałem więc dalej:<br />
– A kto to jest dżentelmen?<br />
– Taki pan, który ustępuje paniom.<br />
– Ooo, naprawdę? – zdziwiłem się. – A jak nazywamy panią, która...<br />
– Dżentelmenką! – przerwały mi z krzykiem dzieci. <br />
– A nie damą? <br />
Usłyszałem jednak, że damy to nudne głupie niunie – lepiej być dżentelmenką.<br /><br />

No cóż, sami sobie jesteśmy winni. Bohaterami masowej wyobraźni są wykreowane przez media mniej lub bardziej bezczelne indywidua, a cwaniactwo stało się cnotą. Człowiek zachowujący się zgodnie z kodeksem towarzyskim jest przedstawiany zazwyczaj jako zabawny nieudacznik. Englishman in New York. Don Kichot XXI wieku.
<br /><br />
Po cóż więc dręczyć dzieci zasadami dobrego wychowania?<br />
Odpowiedzi jest kilka, każda prawdziwa i żadna ze sobą nie koliduje.
<br /><br />
Po pierwsze, osoby, które znają zasady savoir-vivru, łamią je ładniej niż osoby, które tych zasad nie znają, i łatwiej im pewne niestosowności wybaczamy.<br />
Po drugie, znajomość zasad dobrego wychowania jest równie potrzebna jak znajomość języka obcego. Skoro posyłamy dzieci na angielski, żeby zaoszczędzić im w przyszłości stresów, z tego samego powodu powinniśmy uczyć je savoir-vivre'u.
Po trzecie, wprawdzie kultura masowa kręci się wokół brylujących na salonach celebrytów, ale pamiętajmy, że salon salonowi nierówny. Niektóre są zamknięte zarówno przed paparazzi, jak i przed ich zwierzyną łowną.<br />
Po czwarte wreszcie, wszystko, co lekko trąci myszką, wszystko, co jest określane mianem demode, zaczyna być... modne. 
<br /><br />
Jak więc przekonać naszych milusińkich, że warto uczyć się zasad savoir-vivru? W ogóle ich nie przekonujmy! Sami bądźmy damami, dżentelmenani, a dzieci będą nas po prostu naśladowały. Tym bardziej, że, według jednej z licznych definicji, dama to osoba, która nigdy się nie przewraca. A dżentelmenen to jegomość, który umie grać na trąbie, lecz nie gra. <br />
Urocze?<br />
I to jak?!
</p>
<p style="margin-top: 20px; font-size: 15px; font-weight: bold">Grzegorz Kasdepke</p>]]></description>
            <author> a.spodobalska@nowaera.pl (Aleksandra Spodobalska)</author>
            <pubDate>Mon, 05 Mar 2012 13:51:46 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/dzentelmem-dzentelmenka-i-traba.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Co przynosi nam szczęście?</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/poczucie-wartosci/co-przynosi-nam-szczescie.html</link>
            <description><![CDATA[Słonik na szczęście, ukochany miś, czterolistna koniczyna &ndash;
wypr&oacute;bowane sposoby na sukces. Bez ich pomocy nie da się
napisać klas&oacute;wki, spokojnie zasnąć, osiągnąć upragnionego
celu. Czy aby na pewno? Czy to talizmany zapewniają nam szczęście? <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Przedłużenie matki</span><br
 style="font-weight: bold;">
<br />
Wielu rodzic&oacute;w przeżyło chwilę zgrozy, gdy ulubiona
maskotka/kocyk/pieluszka/ lub cokolwiek, co nasza pociecha obdarzyła
silnym przywiązaniem, zostało zgubione. A potem nerwowe przeszukiwanie
domu (gdzie mogliśmy go/ją zostawić?), tym szybsze i bardziej
chaotyczne, im głośniejszy szloch naszej pociechy. Szloch potęgowany
przez nasz lęk, a wręcz przerażenie &ndash; jak w takim razie
zaśnie? zje? p&oacute;jdzie do przedszkola? <br />
<br />
Psychologia rozwojowa zwraca uwagę na istnienie tzw. &bdquo;obiektu
przejściowego&rdquo;, kt&oacute;ry pomaga dziecku, kiedy nie ma
obok mamy lub innej bliskiej osoby. Takimi obiektami stają się zabawki
lub inne rzeczy, kt&oacute;re pochodzą z dziecięcego świata.
Słowem, przedmioty obdarzone przez dziecko specyficznym uczuciem. <br />
<br />
Obiekt przejściowy pojawia się najczęściej w okolicy 7 &ndash; 9
miesiąca życia, kiedy dziecko odkrywa, że jest odrębną osobą, a nie
tylko &bdquo;przedłużeniem matki&rdquo;. To oczywiście
fascynujące odkrycie, ale budzi r&oacute;wnież u dziecka
uzasadniony lęk. Ukochany pluszak to zatem rodzaj zewnętrznego wsparcia
&ndash; zawsze dostępny, całkowicie zależny od dziecka. <br />
<br />
Dziecięce zachowania są oczywiście bardzo indywidualne. Przywiązanie do
jakiegoś przedmiotu (czasem jest to nawet koszulka czy kocyk) nie jest
formą dziecięcej dysfunkcji w społeczno-emocjonalnym rozwoju, a jego
brak (co zdarza się wcale nierzadko) nie jest z kolei nieprawidłowością.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Pluszowe wsparcie</span><br />
<br />
Bliska, nacechowana indywidualnym charakterem relacja z przedmiotem
zapewnia dziecku poczucie bezpieczeństwa. Gdy nie ma w pobliżu rodzica,
zapewnia spok&oacute;j i pozwala na odreagowanie nieprzyjemnych
emocji. Dziecięce strategie radzenia sobie z dyskomfortem emocjonalnym
są r&oacute;żne, a przytulenie do kocyka albo trzymanie małej
zabawki z domu w kieszeni w nowym miejscu, to właśnie jedna z nich. <br />
<br />
Oczywiście nie wolno wyśmiewać się z takiego przywiązania, a już
niedopuszczalne jest zabieranie tego przedmiotu w ramach kary. Taki
przedmiot daje bowiem poczucie siły i mocy, jest na granicy świata
zewnętrznego i wewnętrznego małego dziecka. To rodzaj ochrony przed
nieznanym nowym (&bdquo;mam kawałek czegoś, co świetnie znam, jest
częścią mojego świata&rdquo;). Jak istotna jest to relacja, możemy
przekonać się, obserwując reakcję na zaginięcie ukochanego przedmiotu
&ndash; może pojawić się silny smutek, odmowa spania, reakcje
nerwicowe.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Status pomagacza</span><br />
<br />
Należy tu jednak wspomnieć o zachowaniach, kt&oacute;re wykraczają
poza naturalny i rozwojowy aspekt tej sytuacji. Relacja dziecka z
jakimś przedmiotem powinna nas zaniepokoić, gdy jest tak silna, że
utrudnia lub wręcz zaburza kontakty z innymi ludźmi, hamuje naturalną
ciekawość i harmonijny rozw&oacute;j. Dop&oacute;ki kocyk albo
miś pełnią funkcję pomagaczy w oswajaniu świata, dzięki
kt&oacute;rym łatwiej podąć nowe wyzwania, nie ma powodu do
niepokoju. Jeśli jednak przywiązanie nie maleje z czasem (na przykład
nie przekształca się w &bdquo;misia&rdquo; do spania), warto
poradzić się specjalisty. Szczeg&oacute;lnie niepokojące jest
nadmierne i długotrwałe przywiązanie do przedmiot&oacute;w przy
jednoczesnym ograniczeniu innych zainteresowań oraz bardzo silny
protest przy nawet delikatnych pr&oacute;bach odebrania ich choćby
na chwilę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">W świecie magii i
talizman&oacute;w</span><br />
<br />
Przedmioty w życiu dziecka odgrywają jeszcze wiele ważnych
r&oacute;l. Dla dziecięcego myślenia bardzo charakterystyczne jest
tzw. magiczne myślenie, kt&oacute;re jest częścią myślenia
przedoperacyjnego (od 2-3 do 7 roku życia). W masie opowieści,
kt&oacute;rych dziecko na co dzień słucha,&nbsp; spotyka się z
magicznymi przedmiotami obdarzonymi czarodziejską mocą (co przyjmuje w
spos&oacute;b dosłowny), natomiast przedmiotom nadaje cechy ludzi i
zwierząt (tzw. animizm). Rodzaj dorosłej metafizyki,
przesąd&oacute;w, &bdquo;wiary w czarnego kota&rdquo;, nie
jest wpisany w dziecięcą symbolikę świata. <br />
<br />
U starszych dzieci, obserwujących i naśladujących otaczający je świat,
może pojawić się wiara w siłę magicznych talizman&oacute;w.
Talizmanem może być dla dziecka (jak i dla dorosłego)
wszystko,&nbsp; co za talizman uzna. O ile, obiekt przejściowy
zapewnia dziecku poczucie spokoju i służy w zdecydowanej większości
jego rozwojowi, o tyle poszukiwanie poczucia spełnienia i szczęścia
poprzez nadawanie znaczeń jakimś przedmiotom jest zachowaniem
nieprawidłowym. Ogranicza to wolność i wiarę dziecka w siebie. Daje z
kolei złudną wiarę w moc czynnik&oacute;w zewnętrznych (chociażby
słonika z uniesioną trąbą, medalu mocy wyciętego z gazetki, pierścienia
wr&oacute;żek).<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Zamiast słonia na szczęście</span><br />
<br />
Rodzice powinni budować poczucie wartości dziecka i tworzyć taką
atmosferę w domu, by młody człowiek wierzył w siłę swojego potencjału,
a nie w magię talizmanu. Poczucie wewnętrznej kontroli (niezmiernie
ważne z punktu widzenia osiągania prawidłowo rozwiniętej dojrzałości),
w przeciwieństwie do kontroli zewnętrznej, daje dziecku moc i
kształtuje umiejętność brania za siebie odpowiedzialności. Dziecko
posiadające wewnętrzną kontrolę wierzy w swoją mądrość, szuka siły w
sobie samym, stara się być, na ile to możliwe, samodzielne i nie
zniechęca się, kiedy pojawiają się trudności.<br />
<br />
Wiara w jakąś magiczną moc przedmiotu, podtrzymywana czasami przez
błędne zachowania rodzica, pokazuje dziecku, że kierują nim czynniki
zewnętrzne.&nbsp; Czasami, rzecz jasna, to pomaga
(&bdquo;dostałam dw&oacute;ję, bo zapomniałem
słonika&rdquo;), chwilowo zdejmując z niego odpowiedzialność za
własne decyzje. Nie pomaga jednak w tworzeniu odpowiedzialnego życia.<br />
<br />
A skoro, jak powiedział Albert Einstein, &bdquo;łatwiej rozbić atom
niż przesąd&rdquo;, to rolą mądrego rodzica jest wspieranie
dziecięcych kompetencji, opartych przede wszystkim na znajomości swoich
mocnych i słabych stron, na wpieraniu samodzielności,
wsp&oacute;lnym poszukiwaniu obszar&oacute;w, w
kt&oacute;rym nasze dziecko może podejmować wyzwania, nie pomagając
sobie przy tym talizmanem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Iwona Chądrzyńska</span>]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Fri, 17 Feb 2012 07:44:03 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/poczucie-wartosci/co-przynosi-nam-szczescie.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Moc przytulania</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/milosc-rodzicielska/moc-przytulania.html</link>
            <description><![CDATA[<p style="margin-top: 10px;">O znaczeniu przytulania, dotyku, bliskości fizycznej w prawidłowym rozwoju dzieci mówi się w medycynie i psychologii od jakiegoś czasu bardzo dużo. Dotykanie małego dziecka, przytulenie go, branie na ręce, na kolana, bujanie, to najbardziej naturalne i najwłaściwsze oznaki naszej bliskości, miłości, troski. Wrażenia dotykowe są przecież tymi, które w sposób najszybszy docierają do mózgu, zmysł dotyku tworzy się dużo wcześniej niż inne, bo na początku życia płodowego. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że przytulanie jest potrzebą u małych dzieci wręcz fizjologiczną (zapewniającą przeżycie), a nie tylko emocjonalną, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.</p>
<p style="margin-top: 10px;">
O tym, że przytulenie i czułe cmoknięcie potrafią złagodzić nawet ból fizyczny, wiedzą wszystkie dzieci. Dla rodziców o naukowym podejściu mamy silne potwierdzenie tej tezy w badaniach. Otóż okazało się, że, dotykając kogoś z uczuciem, uruchamiamy wytwarzanie opioidów, które obniżają odczucie bólu (nie bez kozery więc mamy całują dzieci w skaleczone kończyny).</p>
<Br>
<b>Z przytulania się nie wyrasta</b>

<p style="margin-top: 10px;">
Zdecydowana większość dorosłych instynktownie dąży do bliskości z dzieckiem, przytulania, masowania, głaskania. Dotyk to przecież najbardziej pierwotny i najbardziej naturalny język miłości. Czułość, którą charakteryzuje relacja matki i dziecka zrodziła się w konkretnym, egoistycznym celu, by jak najlepiej dbać o przedłużenie naszego gatunku. Psychiczna potrzeba tulenia dziecka i przytulania się do matki powstała prawdopodobnie po to, aby wzmocnić matczyną chęć opieki nad niesamodzielnym młodym (dodajmy – młodym szczególnie wymagającym). 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Czułość i kontakt fizyczny z rodzicem jest normą w przypadku niemowląt, ale zmienia się to niestety nie niekorzyść wraz z „dorastaniem” naszego dziecka. Większość małych dzieci lubi dotyk i przytulanie, starszym kilkulatkom nie jest już obojętne, kto to robi. Nastolatki zaś reagują bardzo indywidualnie, zależnie od kontekstu i sytuacji, w jakiej taka forma troski i miłości jest okazywana nawet przez bliskie im osoby. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Najważniejsza prawda to ta, że dziecko nie wyrasta z potrzeby dotyku – czasem po prostu powinien on mieć inny charakter, by lepiej spełnić swoją funkcję. Bliskość fizyczna powinna przede wszystkim zmieniać się w trakcie dojrzewania naszych dzieci. Z czułości, która może krepować (szczególnie kilkunastoletnich chłopców), można przekształcić ją w formę kontaktu w trakcie zabaw, gier, sportów. To w dalszym ciągu dotyk, ale ma inny wymiar – bardziej dostosowany do sytuacji.
</p><Br>
<b>Przytulany chłopiec = silny mężczyzna</b>

<p style="margin-top: 10px;">
Z punktu widzenia psychologii dodatkowym problemem jest oszczędność w okazywaniu naszej miłości. Rzecz dotyczy zwłaszcza synów. Mimo iż wiemy, jak ważny jest kontakt dotykowy, rezygnujemy z przytulania, bojąc się, że wychowamy słabego i mało samodzielnego mężczyznę. To jeden z największych mitów psychologii popularnej, którego siła, mimo upływu lat, wcale nie słabnie. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Przytulając, wychowujemy dzieci (również płci męskiej) na silnych emocjonalnie dorosłych, stabilniejszych psychicznie, którzy w sposób bardziej efektywny radzą sobie ze stresem, a w przyszłości czerpią radość z nawiązywania dobrych relacji z innymi.
</p><Br>
<b>Oznaka miłości</b>
<p style="margin-top: 10px;">
Dotyk jest naturalnym elementem więzi dzieci z rodzicami. Niestety, wielu z nas dotyka swoje dzieci jedynie w trakcie niezbędnych czynności dnia codziennego, takich jak ubieranie, mycie, wchodzenie po schodach za rękę, przytrzymywanie przy wejściu do samochodu czy autobusu.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Ross Campbell, amerykański terapeuta rodzinny, mówi wręcz o napełnianiu emocjonalnego zbiornika dziecka (jak twierdzi, niezbędnego do dobrego rozwoju) poprzez przytulanie. Kontakt fizyczny jest przecież najmniej wymagający czasu, można znaleźć na niego przestrzeń nawet w naszym zapracowanym życiu. Może to być przecież przelotne muśniecie ręki, poklepanie po ramieniu, mocniejszy uścisk na do widzenia.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Jednym z błędów wychowawczych, mających dalekosiężne skutki w prawidłowym rozwoju emocjonalnym dziecka, jest realizacja sprzecznych komunikatów (szczególnie z języka ciała i słów). Niech dotyk sprawia nam rzeczywistą, a nie wymuszoną radość. Przytulajmy nasze dzieci, bo to oznaka naszej troski i miłości, a nie dlatego, że tak trzeba. Dbajmy o jasny i tożsamy komunikat przy przytulaniu. Jeśli dotykamy to róbmy to z przesłaniem – lubię to, jesteś mi bliski. Nawiązujmy kontakt wzrokowy. Pamiętajmy też o prawie małego dziecka do odmowy takiego kontaktu, nie bądźmy nachalni, nie przekraczajmy niepotrzebnie granic, bądźmy czujni na to, co nasze dziecko do nas mówi. 

Pisząc o dotyku i przytulaniu, nie można nie wspomnieć o wielu dzieciach z bardzo dużą nadwrażliwością w obrębie tego zmysłu. Jeśli niechęć do przytulania objawia się sztywnieniem, unikaniem, czy nawet złością, może ona mieć podłoże neurologiczne, na które dziecko nie ma wpływu. Jeśli dodatkowo maluch nie lubi brudzić rąk, malować palcami, myć głowy, drażnią go metki warto zasięgnąć porady psychologa. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Niech najlepszą puentą rozważań o mocy przytulania będzie rozmowa z moim prawie pięcioletnim synkiem.
</p>
– Mamo, co robisz?<br />
– Piszę coś. O przytulaniu.<br />
– Aha.<br />
– A Ty lubisz się przytulać?<br />
– Tak.<br />
– A do kogo?<br />
– Do ciebie, taty, Ewy (siostra) i pani Ewy (nauczycielka w przedszkolu).<br />
– A dlaczego akurat do tych osób?<br />
– Bo jesteście moi ukochani.<br />
<br />
Piękne, prawda?<br /><br />

<b>Naukowe dowody na wielką wartość dotyku </b>

<p style="margin-top: 10px;">
Wspomnieć również należy o sławnym eksperymencie z początku lat 60 pod znamiennym tytułem „Natura miłości”, w którym to Harry Harlow udowodnił ogromny wpływ dotyku na rozwój psychiczny małp. Eksperyment był kontrowersyjny, ale jego wnioski zaskakujące. Okazało się, że małe rezusy–sieroty zdecydowanie wybierały atrapy matek, do których można się było przytulać, chociaż nie zapewniały one pokarmu. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Eksperyment pokazał, że tym, co daje małym małpom poczucie bezpieczeństwa, uspokaja je i powoduje nawiązanie relacji, jest bliskość fizyczna, a nie, jak przypuszczano, zapewnienie pożywienia. W innych badaniach okazało się, że małpy pozbawione kontaktu i bliskości z matką we wczesnym wieku nie były w stanie nawiązać prawidłowych relacji społecznych w wieku dojrzałym.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
„Przepełniony miłością uścisk stanowi nawet większy bodziec do rozwoju niż karmienie piersią” czytamy w „Rozwoju psychicznym dziecka” autorstwa Ilg i Baker. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Bliskość fizyczna jest niezwykle ważna dla niedojrzałego układu nerwowego niemowląt i małych dzieci. Zapewnia m.in. ciągły podwyższony poziom oksytocyny – hormonu, który odpowiada za wytworzenie silnej więzi z opiekunem. Niedawne wyniki badań naukowców z Kanady, opublikowane w prestiżowych czasopismach wykazały, że matczyna troska  zapewniająca dzieciom poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego (bez względu na status socjoekonomiczny) zmniejsza w organizmach dzieci produkcję białek prozapalnych, co pozwala zredukować ryzyko depresji i chorób sercowo-naczyniowych wiele lat później. Prawdopodobnie to początek badań mających na celu naukowe potwierdzenie wpływu jakości wczesnych doświadczeń na aktywność układu odpornościowego osób dorosłych.</p>
<p style="margin-top: 20px; font-size: 15px; font-weight: bold">Iwona Chądrzyńska</p>]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Tue, 17 Jan 2012 11:06:06 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/milosc-rodzicielska/moc-przytulania.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Jak oswoić trudny początek</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/trudne-poczatki/jak-oswoic-trudny-poczatek.html</link>
            <description><![CDATA[<p align="right"><i>Najważniejszy w każdym działaniu jest początek </i><br />
Platon
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Początek roku, początek przedszkola, początek szkoły, początek znajomości, początek życia, początek… wszystkiego. Z początkiem wiążemy i radość (przemieszaną z ciekawością, oczekiwaniem, nadzieją), i lęk (przed zmianą, brakiem umiejętności, niepewnością, nieznanym końcem). Zaczynamy wszystko od początku, czekamy na początek czegoś, odnosimy się do początków, nie udało się, bo to było na początku, szczęście sprzyja początkującym ...
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
<b>Naucz się chodzić</b><br />

Początek jest nieodłącznym towarzyszem naszego życia, naszego jako rodziców, ale i naszych dzieci, naszych rodzin – początek jest połową całości jak mówił Tomasz z Akwinu.<br />
Z początkiem łączą się nasze wszystkie „pierwsze razy” – te zapamiętane i te, o których staramy się zapomnieć. Początek może być banalny – chociażby początek nauki chodzenia –banalny tylko z nazwy, bo to jeden z najważniejszych etapów rozwojowych w życiu dziecka. Ale czy ktoś widział dziecko, które nie chce nauczyć się chodzić, mimo że ma problemy ze stawianiem pierwszych kroków? To właśnie od takiego malucha powinniśmy uczyć się, jak radzić sobie na początku naszych późniejszych wyzwań. Przewróciłem się? To nic, wstanę i pójdę dalej, bo bardzo chcę czegoś dosięgnąć, bo każdy następny krok jest łatwiejszy, bo upadek niczego nie zmienia – w dalszym ciągu chcę się nauczyć chodzić.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Początek może być wyzwaniem, zmianą, trudnością, przewidywanym sukcesem czy przewidywaną porażką. To okres dzieciństwa związany jest jak żaden inny z ciągłym doświadczeniem w swym życiu początku. Dziecko na co dzień poddawane jest nowym próbom, zdobywa całkiem nowe umiejętności i uczestniczy w całej gamie sytuacji po raz pierwszy.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
<b>Jak wspierać dziecko w różnych dla niego początkach</b><br />

Dzieci (im młodsze tym ta zależność jest silniejsza) uczą się poprzez obserwowanie konkretnych działań dorosłych, a nie poprzez mówienie o tym. Dlatego tak ważne jest, jak mama czy tata radzą sobie ze swoimi początkami. Pokazujmy siebie jako osoby, które, mimo kłopotów, starają się doprowadzić rzeczy do końca („pamiętasz, jak uczyłam się jeździć samochodem? jakie to było dla mnie trudne? a teraz jedziemy sami do babci”). Nawet całkiem małe dzieci motywujmy do ukończenia zaczętej czynności mimo początkowych problemów. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Pamiętajmy o nauce planowania. To na pewno jedna z ważniejszych umiejętności, która przyda się zarówno w roli początkującego ucznia, jak i odpowiedzialnego dorosłego. Kompetencja ta buduje w dziecku niezbędne poczucie kontroli nad tym, co się dzieje, ale daje też dziecku umiejętność odróżniania spraw najistotniejszych od mniej ważnych.
Warty wprowadzenia do rodzinnego kalendarza jest rytuał świętowania z bliskimi zakończenia czegoś, projektu taty (robimy przyjęcie), spektaklu dziecka (idziemy na lody). 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Dajmy prawo i przestrzeń na porażkę (sobie i dzieciom), ale motywujmy do sukcesów. Motywujmy do wytrwałości, do skończenia i nie zrażania się trudnościami, szczególnie tymi początkowymi. Niestety, nie da się nie zauważyć, że coraz częściej i świat, i my w rodzinie wychowujemy dzieci do współzawodnictwa i walki. Taki sposób myślenia – zakładanie, że przegrana jest dramatem, że liczą się tylko zwycięzcy – hamuje naturalną w dziecku chęć do podjęcia jakiegoś działania z powodu paraliżującego lęku przed niepowodzeniem. To silne odczucie frustracji tak mocno zaburza myślenie dziecka o sobie, że woli ono w ogóle nie zaczynać. Warto podkreślić, że ten proces łączy się z tzw. „obrazem ja”  u dziecka. Nie podejmuję jakiegoś zadania, bo i tak go nie doprowadzę do satysfakcjonującego końca. Nadmiar krytycznych uwag („czego się nie dotkniesz i tak zmarnujesz”, „sam to zrobię”, „poczekaj na mnie, nie zaczynaj sam”) albo zupełnie odwrotnie – zbyt wygórowane wymagania („tobie to się zawsze udaje”, „czego się nie dotkniesz, świetnie dajesz sobie radę”) paraliżują dziecko.  Brak pewności co do końcowego sukces demotywuje dziecko już przed podjęciem działania.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
<b>„Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie”</b><br />

Jak myślimy o początku czegoś, to pojawia się niezbędna do tego umiejętność czekania na radość związaną z zakończeniem. Powiedzenie, że każda podróż musi zacząć się od pierwszego kroku, jest na wskroś prawdziwe, ale pokazuje też, że to zawsze musi być jakiś proces, któremu potrzebny jest czas. Odkrywanie wartości w oczekiwaniu na coś, w umiejętności powstrzymywania się od natychmiastowej gratyfikacji. Nadmiar bodźców i ich obfitość, jak również kultura, w której liczy się szybkość i natychmiastowa reakcja, nie ułatwia rodzicom wykształcenia tej kompetencji. A bez niej trudno wyobrazić sobie osiągnięcie długoterminowych celów. Uczmy dzieci czekać, uczmy cierpliwości (efekty, czyli nagroda za wkład pracy, rzadko przychodzą szybko) i nie zaspakajajmy natychmiast wszystkich dziecięcych pragnień. Wszystkie najnowsze badania z zakresu psychologii rozwojowej podkreślają moc umiejętności radzenia sobie z poczuciem dyskomfortu psychicznego wynikającego z niezaspokojonej natychmiast potrzeby.
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Czasami sam strach przed końcem unicestwia początek. Pamiętajmy o tym, by umożliwiać dzieciom ciągłe próbowanie, nie zamykajmy się przed nieznanym, dajmy czas na oswojenie się, nie zaprzeczajmy lękowi, jeśli się pojawia. Pomóżmy go oswoić w bezpiecznych ramionach rodzica, ale nie chrońmy go przed nim, pokazujmy, że zmiana jest częścią przygody zwanej życiem.
</p><br /><big><span style="font-weight: bold;">
Iwona Chądrzyńska</span></big>]]></description>
            <author> a.spodobalska@nowaera.pl (Aleksandra Spodobalska)</author>
            <pubDate>Wed, 04 Jan 2012 07:30:18 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/trudne-poczatki/jak-oswoic-trudny-poczatek.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Niespodzianka</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/niespodzianka.html</link>
            <description><![CDATA[<p><img src="http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/images/W_Widlak.jpg" align="right" style="padding-left:30px;"> Za oknem było bardzo zimno i zaczynało się już ściemniać. Kobieta siedziała przy oknie i patrzyła na śnieg. Właściwie niewiele więcej było widać. Śnieg padał i padał. Pokrył już dachy okolicznych domów, trawnik, chodniki i jezdnię. Wydawało się, że niebawem wszystko pod nim zniknie, łącznie z samochodami, które niczym duchy bezgłośnie poruszały się w jakimś zwolnionym, nierzeczywistym tempie. Światło latarni ledwo przedzierało się przez półprzezroczystą kurtynę z płatków śniegu, przypominającą gigantyczny wodospad nie z tego świata. 
</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Kaloryfery grzały mocno. W domu było ciepło, co jeszcze bardziej potęgowało wrażenie nierzeczywistości tego, co działo się za oknem. </p>
<p style="margin-top: 10px;">
Kobieta westchnęła. Kiedyś kochała te święta. Kojarzyły jej się ze szczypiącym w nos mrozem, który ustępował pod ciepłą ręką taty. Z&nbsp;zapachem grzybów i karpia, choinki i świeczek – nie lampek, tylko prawdziwych świeczek, które czasem kopciły, a nawet potrafiły zapalić włosy anielskie, jeśli te znalazły się zbyt blisko płomienia. Z&nbsp;trzaskiem łamanego opłatka, dotykiem miękkiego policzka matki i&nbsp;życzeniami szeptanymi wprost do ucha, żeby nikt inny ich nie usłyszał. Z szelestem rozrywanego papieru. Kiedyś...</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Od tego czasu wiele się wydarzyło. Kobieta z dziewczynki stała się dziewczyną, a z dziewczyny Kobietą. Zmienił się dom i pojawiły się nowe osoby – Mężczyzna i Dzieci. A święta? Kojarzyły się z nosami, które szczypał mróz i które trzeba było rozgrzewać ciepłymi dłońmi. Z zapachem grzybów i choinki. Z nogami, które bolały, od długiego stania przy kuchennym blacie. Z wieszaniem bombek, myciem okien, froterowaniem podłóg, zdobywaniem karpia i prezentów, bo przecież żaden Gwiazdor, Anioł czy Święty Mikołaj tego za nas nie załatwi. </p>
<p style="margin-top: 10px;">
Teraz minęło już wiele lat. Z kolejnych choinek, które stawały w mieszkaniu Kobiety można by stworzyć spory lasek, gdyby nie to, że dawno już spłonęły na jakichś ogniskach lub może rozpadły się w próchno. Święta kojarzyły się ze śniegiem, z biegnącymi dokądś ludźmi i z chłodem, który wiał od nieszczelnych okien. Z pustką, której nie mogły wypełnić głosy zza wielu granic, rozlegające się przy tej okazji w telefonicznej słuchawce. Także dlatego, że Kobieta coraz słabiej je słyszała, jakby i od nich zaczynała ją oddzielać jakaś niewidzialna kurtyna.</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Kobieta od dawna nie kupowała już choinki, ale trzymała na tę okazję zapas zielonych świeczek. Kiedyś, szukając czegoś w kuchennej szufladzie, zdziwiła się na widok choinkowego lichtarzyka – był całkiem taki sam, jak te, które pamiętała z dzieciństwa. Od tego czasu co roku wkładała tego dnia w lichtarzyk świeczkę i zapalała ją, próbując przywołać to, co minęło. </p>
<p style="margin-top: 10px;">
Trzasnęła zapałka. Drżący płomyk dotknął knota, przewędrował nań i napełnił pokój zaskakująco ciepłym światłem. Świeca zapachniała. Kobieta zmrużyła oczy i wpatrzyła się w płomień. Siedziała tak długo. I w pewnej chwili tam, po drugiej stronie płomienia, zobaczyła choinkę, a za nią stół nakryty białym obrusem...</p>
<p style="margin-top: 10px;">
Wokół stołu stoją odświętnie ubrani rodzice i dzieci. Jej rodzice i jej dzieci. Uśmiechają się do niej. Rodzice pochylają się, żeby ją ucałować. Dzieci stają na palcach, żeby dosięgnąć jej policzka. Choinka pachnie, od pieca (skąd ten piec, przecież są kaloryfery?) rozchodzi się ciepło. W choinkowych bombkach odbijają się zabawnie zniekształcone sylwetki ludzi i plamki płomyków świec. Dźwięki są niewyraźne, ale przez szmer życzeń dochodzi nagle jakiś mocny, natarczywy dźwięk. Dzwony? Widać czas iść na pasterkę, „powitajmy Maleńkiego...”, „dzisiaj w Betlejem wesoła nowina...”. A ona taka niegotowa. </p>
<p style="margin-top: 10px;">
Czasy i miejsca się przenikają, drgają i ciemnieją obrazy, odpływają i cichną dźwięki. Ale nie wszystkie. Ten jeden dźwięk pozostaje. Powtarza się. Jest natarczywy, tępy, głuchy. To nie dzwony. Kobieta broni się przed nim, ale dźwięk nie ustaje. </p>
<p style="margin-top: 10px;">
Kobieta otwiera oczy. W samą porę, żeby zobaczyć, że ogarek świecy przechyla się niebezpiecznie. Jeszcze chwila i spadłby na stertę gazet, a potem… Kobieta dmucha mocno, płomień gaśnie i zapada półmrok. Ale co to? Ten dźwięk. Łomot. Łomot do drzwi i jakieś głosy. O tej porze? Tego dnia? Kobieta unosi się i idzie do przedpokoju. Nawet nie patrzy przez judasza, tylko od razu odsuwa zasuwę. Światło z klatki schodowej razi ją i początkowo widzi tylko ciemne sylwetki.<br />

– Mamo! – słyszy. – Tak się denerwowaliśmy! Dlaczego nie otwierałaś? I nie odbierałaś telefonów! W dodatku samolot się spóźnił. I ten śnieg na ulicach. Przywitajcie się z babcią!<br />

Kobieta znów widzi jak przez mgłę, ale pochyla się i czuje pocałunki na policzkach. Ktoś ją przytula, ktoś głaszcze.<br />
– Mój Boże, a ja myślałam... – mówi, ale nie kończy, tylko dotyka ciepłymi dłońmi kolejne zmarznięte nosy.</p>
<p style="margin-top: 20px; font-size: 15px; font-weight: bold">Wojciech Widłak</p>]]></description>
            <author> a.spodobalska@nowaera.pl (Aleksandra Spodobalska)</author>
            <pubDate>Thu, 15 Dec 2011 11:49:34 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/strefa-literacka/niespodzianka.html</guid>
        </item>
        <item>
            <title>Angielski dla rodziców. Przedszkolak</title>
            <link>http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/polecamy/angielski-dla-rodzicow.-przedszkolak.html</link>
            <description><![CDATA[<a href="http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/index.php?option=com_content&id=95&view=article&Itemid=1"><img src="http://www.swierszczyk.pl/images/poleca/de-mono-education2m.gif" alt="Angielski dla rodziców. Przedszkolak" border="0"/>
			<div><h3>Angielski dla rodziców. Przedszkolak</h3></div></a>

<p><a href="http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/polecamy/angielski-dla-rodzicow.-przedszkolak.html">Więcej&hellip;</a></p>]]></description>
            <author> karol.prokorym@nowaera.com.pl (Karol Prokorym)</author>
            <pubDate>Thu, 08 Dec 2011 08:44:53 GMT</pubDate>
            <guid isPermaLink="false">http://www.swierszczyk.pl/dla-rodzicow/polecamy/angielski-dla-rodzicow.-przedszkolak.html</guid>
        </item>
    </channel>
</rss>

