Magazyn dla rodziców

Szukasz wartościowych gier i zabaw edukacyjnych w internecie? Skorzystaj z portalu Balon Blum, który pomoże Twojemu dziecku przygotować się do nauki w szkole

Czy my, mamy, mamy prawo nie mieć czasu dla dzieci?

Bycie matką proste nie jest. Większość kobiet, które są matkami (i pewnie te, które nimi nie są) nie ma wątpliwości – to zadanie, a wręcz wyzwanie dla naszej odporności psychicznej i fizycznej. Ta rola od zawsze wiązała się z dużym obciążeniem dla kobiet, ale wydaje się, że w dobie pampersów, słoiczków i innych udogodnień powinno nam być łatwiej, a przynajmniej teoretycznie powinniśmy mieć więcej czasu dla siebie. Czy tak jest?

Cyborg ideał

Współczesna mama ma być czuła, ale silna. Akceptująca dziecko, ale nieakceptująca jego złych zachowań. Powinna dbać o swój rozwój, ale nie może zapominać, że wczesna edukacja to połowa sukcesu. Jest cierpliwa, a jeśli nawet się zdenerwuje, umie okazywać swoje uczucia tak, by nie ranić uczuć dziecka. To matka, która potrafi chwalić i pamięta, jak należy to robić („wiem, wiem, za dużo chwalenia powoduje, że dziecko nie jest odporne na krytykę, ale gdzie kończy się pochwała, a zaczyna presja?”). To matka, która dzieciom zbyt dominującym wyznacza granice, a dzieci nieśmiałe popycha do aktywności („jakie jest moje dziecko, do licha?”). No i przede wszystkim współczesna matka spełnia się zawodowo! Uff… tylko cyborg byłby w stanie coś takiego wytrzymać. A „czas dla siebie” to w tej sytuacji byt nieistniejący.

Oto przykładowe odpowiedzi mam, które spotkałam na ostatnim z warsztatów umiejętności wychowawczych dotyczące posiadania wolnego czasu.
  • „Na razie nie mam czasu dla siebie, ale Jasiek ma pół roczku, więc wiadomo, jestem mu potrzebna dzień i noc”.
  • „No nie… przy dwulatku znaleźć czas dla siebie? Widziałaś kiedyś dwulatka pozostawionego na moment bez nadzoru?”.
  • „Jest już lepiej, chodzi do przedszkola, ale ja w tym czasie jestem w pracy, potem zakupy, pranie… Wrócę do swojego hobby, jak pójdzie do szkoły”.
  • „Boże, ile te dzieci mają teraz zadane! Gdyby nie moja pomoc, całą noc siedziałby nad tymi lekcjami! Dobrze, że są wakacje. Może wtedy przeczytam jakąś biografię. Tak to kiedyś lubiłam”.

Kiedyś… za pół roku, za rok, jak skończy 5 lat, jak pójdzie do przedszkola/do szkoły/na studia… Kiedyś będę miała czas dla siebie. Przecież mam prawo do wolnego czasu, prawda? Kiedyś… Bliżej nieokreślone „kiedyś”.

Wystarczająco dobra matka

Współczesna psychologia podkreśla ogromny wpływ matki (czy kogokolwiek, kto jest dziecku najbliższy) na ukształtowanie nie tylko osobowości dziecka, ale wręcz jego pomyślnej przyszłości. To poczucie matczynego sprawstwa z jednej strony jest dla nas radością i dumą („w kołysce leży dorosły”, jak mówił Zygmunt Freud), ale przecież za tym kryje się również obciążenie i poczucie niezmiernej, wręcz przytłaczającej odpowiedzialności. Bez wątpienia pojęcie wprowadzone przez Donalda Woodsa Winnicotta „wystarczająco dobra matka”, które funkcjonuje w świadomości nowoczesnych mam, pomogło ustalić pewne priorytety. Terminem tym określona jest matka, która na początku angażuje się maksymalnie, by zaspakajać potrzeby noworodka i niemowlęcia, ale w toku dziecięcego rozwoju pozwala zarówno i jemu i sobie na autonomię, rozumianą jako realizację własnych potrzeb.

Uff, niby proste, ale problem jak zawsze tkwi w szczegółach – jakież to potrzeby może mieć matka? I które z tych potrzeb może realizować, bez ciągłego poczucia winy zmieszanego ewentualnie z przekonaniem o byciu wyrodną matką? Czy to, co robię jako kobieta dla siebie jest ok? Gdzie kończy się dbanie o siebie, a zaczyna matczyny egoizm? Czy jestem matką wystarczająco dobrą czy może już tą nie dbającą o dzieci?

Wiele razy rozmawiam na ten temat, prowadząc warsztaty dla mam i zawsze sytuacja jest podobna – wymagania, jakie stawiają sobie matki, są czasami tak nierealistyczne, że wyartykułowane w grupie wzbudzają radość, a w końcu zdziwienie. „To matka, oprócz jedzenia (zwykle resztek po dzieciach, na stojąco), ma prawo coś chcieć?”,  „Matka ma prawo do miłości, leżenia, odpoczynku, snu, kursu tańca brzucha?”. Wiele matek traktuje swoje wyczerpanie jako normę wpisaną w bycie matką. Często zadaję wtedy uczestniczkom warsztatów następujące pytania:
  • „czy kiedykolwiek czułyście, że realizowanie potrzeb dzieci i spychanie na margines własnych spowodowało, że zaczynałyście czuć, że dzieci są zagrożeniem dla was, dla waszego małżeństwa, dla zdrowia, dla równowagi psychicznej?”;
  • „czy kiedykolwiek z powodu przemęczenia zareagowałyście na jakieś zachowanie dziecka wręcz histerycznie lub, co gorsza, przemocą?”…

Wszystkie matki mówią – tak. Dla każdej z nas to inny moment był tym granicznym:
  • „kiedy poszłam z Jasiem na plac zabaw i zasnęłam na ławce”;
  • „kiedy mąż mi powiedział, żebym się jakoś ubrała, bo przyjdzie jego kolega”;
  • „kiedy rozpłakałam się na środku ulicy, bo przypomniało mi się, ile mam spraw do załatwienia”;
  • „kiedy zaczęłam szarpać moje dziecko, bo nie chciało iść spać, a ja miałam dość”.

Przeciążona obowiązkami matka w końcu przestaje spełniać swoją funkcję. Ona już nie jest supermatką. Nie jest już nawet „jakąś tam” matką – zaczyna być kimś, kto sam wymaga pomocy i troski. Steve Biddulph, autor książki „Szczęśliwe dzieciństwo”, porównuje takich rodziców – wyczerpanych i bez energii – do samochodu, który jeździ na łysych oponach i tankuje za ostatnie 10 zł.

Dbać o siebie z obowiązku?

Dzieci potrzebują matek, a nie – robotów. Niby to wiemy, ale za tą wiedzą nie idą konkretne działania. Niby wiemy, że żeby dobrze wychowywać dziecko, trzeba mieć czas, energię i uwagę. Ale mamy problem z akceptacją faktu, że w związku z tym do obowiązków rodziców należy dbanie o własne samopoczucie, wypoczynek i ciągłe odnawianie zapasów energii. Nie można dać nikomu czegoś, czego się samemu nie posiada. Jak inaczej wychować dziecko w poszanowaniu dla innych? Jeśli podpieramy się nosem ze zmęczenia,  jak pokażemy dziecku, że życie jest piękne, a bycie rodzicem to wartość, która sprawia nam radość?

Może po prostu brakuje nam odwagi. Odwagi, by powiedzieć swoim bliskim: „nie mam więcej siły”, „chcę poleżeć”, „chcę zrobić coś dla siebie”… Może to irracjonalny strach, że utracimy naszą pozycję – NIEZASTĄPIONEJ MATKI. A może lęk, że takie nasze zachowanie spowoduje u innych złość. A może po prostu panicznie boimy się utracić akceptację ważnych osób. Przecież powiedzenie: „nie zrobię ci kolejnego papierowego samochodzika, bo teraz będę sobie w spokoju pić kawę” naraża nas na płacz dziecka albo, co gorsza, na tekst: „mamo, nie lubię cię”.

To nie jest gra, w której ktoś wygrywa (mamy wolny czas), a ktoś przegrywa (dziecko, któremu zabrano obecność matki). Ćwicz bycie matką w bezczynności. Nie matką bezmyślną, ale KIMŚ, kto dba o siebie, ma czas na „nicnierobienie”, na dobroczynny spokój. Na zapomnienie o przyniesieniu, wyniesieniu, uregulowaniu, podtarciu, wypraniu, załatwieniu, podaniu, przygotowaniu, odkręceniu, skontrolowaniu…

Zacznij prosić o pomoc, mówić, szukać, otwórz się na świat... Kobieta matka, która nie zamyka się na nowe, na relacje osób dorosłych, jest otwarta na różne aktywności (nie tylko na wyjście do klubu mam, który oprócz niewątpliwych zalet ma też wady – dalej tak naprawdę kręcimy się wokół dziecka), ma zdecydowanie większe szanse na zaspakajanie własnych potrzeb w sposób zupełnie naturalny.

Wsparcie emocjonalne jest ważne, ale nie oszukujmy się, potrzeba nam po prostu fizycznej pomocy drugiego człowieka. Nic nie pomoże rada koleżanki, nawet dana w najlepszej wierze („musisz odpocząć, jak jesteś zmęczona, krzyczysz na dzieci – będą potem nerwowe, zresztą z twojej winy”). Rada w stylu: „weź sobie relaksującą kąpiel” jest oczywiście super, tylko jak to zrobić, gdy w drzwi wali dwulatek? Nie masz czasu wolnego, matko? Twoja wina – jesteś za mało asertywna!

Dbaj o siebie – tak po prostu – jesteś tego warta. Nie dlatego, że jesteś matką i powinnaś być zdrowa, a twoje zmęczenie i zniechęcenie odbije się negatywnie na tych, których kochasz najbardziej. Nie szukaj powodów, dla których masz prawo mieć wolny czas, nie szukaj usprawiedliwia w teoriach psychologicznych, a przede wszystkim nie pytaj o zgodę innych.
Bądź KIMŚ, kto wcale nie musi być cały czas obok, na wyciągniecie ręki. Może raz na jakiś czas bycie KIMŚ, gdzieś na horyzoncie, jest wystarczająco dobre?

Iwona Chądrzyńska
 

Polecamy