Magazyn dla rodziców

Przygotuj dziecko do pierwszej klasy. Skorzystaj z portalu z grami i zabawami edukacyjnymi przygotowanymi przez ekspertów

Niespodzianka

Za oknem było bardzo zimno i zaczynało się już ściemniać. Kobieta siedziała przy oknie i patrzyła na śnieg. Właściwie niewiele więcej było widać. Śnieg padał i padał. Pokrył już dachy okolicznych domów, trawnik, chodniki i jezdnię. Wydawało się, że niebawem wszystko pod nim zniknie, łącznie z samochodami, które niczym duchy bezgłośnie poruszały się w jakimś zwolnionym, nierzeczywistym tempie. Światło latarni ledwo przedzierało się przez półprzezroczystą kurtynę z płatków śniegu, przypominającą gigantyczny wodospad nie z tego świata.

Kaloryfery grzały mocno. W domu było ciepło, co jeszcze bardziej potęgowało wrażenie nierzeczywistości tego, co działo się za oknem.

Kobieta westchnęła. Kiedyś kochała te święta. Kojarzyły jej się ze szczypiącym w nos mrozem, który ustępował pod ciepłą ręką taty. Z zapachem grzybów i karpia, choinki i świeczek – nie lampek, tylko prawdziwych świeczek, które czasem kopciły, a nawet potrafiły zapalić włosy anielskie, jeśli te znalazły się zbyt blisko płomienia. Z trzaskiem łamanego opłatka, dotykiem miękkiego policzka matki i życzeniami szeptanymi wprost do ucha, żeby nikt inny ich nie usłyszał. Z szelestem rozrywanego papieru. Kiedyś...

Od tego czasu wiele się wydarzyło. Kobieta z dziewczynki stała się dziewczyną, a z dziewczyny Kobietą. Zmienił się dom i pojawiły się nowe osoby – Mężczyzna i Dzieci. A święta? Kojarzyły się z nosami, które szczypał mróz i które trzeba było rozgrzewać ciepłymi dłońmi. Z zapachem grzybów i choinki. Z nogami, które bolały, od długiego stania przy kuchennym blacie. Z wieszaniem bombek, myciem okien, froterowaniem podłóg, zdobywaniem karpia i prezentów, bo przecież żaden Gwiazdor, Anioł czy Święty Mikołaj tego za nas nie załatwi.

Teraz minęło już wiele lat. Z kolejnych choinek, które stawały w mieszkaniu Kobiety można by stworzyć spory lasek, gdyby nie to, że dawno już spłonęły na jakichś ogniskach lub może rozpadły się w próchno. Święta kojarzyły się ze śniegiem, z biegnącymi dokądś ludźmi i z chłodem, który wiał od nieszczelnych okien. Z pustką, której nie mogły wypełnić głosy zza wielu granic, rozlegające się przy tej okazji w telefonicznej słuchawce. Także dlatego, że Kobieta coraz słabiej je słyszała, jakby i od nich zaczynała ją oddzielać jakaś niewidzialna kurtyna.

Kobieta od dawna nie kupowała już choinki, ale trzymała na tę okazję zapas zielonych świeczek. Kiedyś, szukając czegoś w kuchennej szufladzie, zdziwiła się na widok choinkowego lichtarzyka – był całkiem taki sam, jak te, które pamiętała z dzieciństwa. Od tego czasu co roku wkładała tego dnia w lichtarzyk świeczkę i zapalała ją, próbując przywołać to, co minęło.

Trzasnęła zapałka. Drżący płomyk dotknął knota, przewędrował nań i napełnił pokój zaskakująco ciepłym światłem. Świeca zapachniała. Kobieta zmrużyła oczy i wpatrzyła się w płomień. Siedziała tak długo. I w pewnej chwili tam, po drugiej stronie płomienia, zobaczyła choinkę, a za nią stół nakryty białym obrusem...

Wokół stołu stoją odświętnie ubrani rodzice i dzieci. Jej rodzice i jej dzieci. Uśmiechają się do niej. Rodzice pochylają się, żeby ją ucałować. Dzieci stają na palcach, żeby dosięgnąć jej policzka. Choinka pachnie, od pieca (skąd ten piec, przecież są kaloryfery?) rozchodzi się ciepło. W choinkowych bombkach odbijają się zabawnie zniekształcone sylwetki ludzi i plamki płomyków świec. Dźwięki są niewyraźne, ale przez szmer życzeń dochodzi nagle jakiś mocny, natarczywy dźwięk. Dzwony? Widać czas iść na pasterkę, „powitajmy Maleńkiego...”, „dzisiaj w Betlejem wesoła nowina...”. A ona taka niegotowa.

Czasy i miejsca się przenikają, drgają i ciemnieją obrazy, odpływają i cichną dźwięki. Ale nie wszystkie. Ten jeden dźwięk pozostaje. Powtarza się. Jest natarczywy, tępy, głuchy. To nie dzwony. Kobieta broni się przed nim, ale dźwięk nie ustaje.

Kobieta otwiera oczy. W samą porę, żeby zobaczyć, że ogarek świecy przechyla się niebezpiecznie. Jeszcze chwila i spadłby na stertę gazet, a potem… Kobieta dmucha mocno, płomień gaśnie i zapada półmrok. Ale co to? Ten dźwięk. Łomot. Łomot do drzwi i jakieś głosy. O tej porze? Tego dnia? Kobieta unosi się i idzie do przedpokoju. Nawet nie patrzy przez judasza, tylko od razu odsuwa zasuwę. Światło z klatki schodowej razi ją i początkowo widzi tylko ciemne sylwetki.
– Mamo! – słyszy. – Tak się denerwowaliśmy! Dlaczego nie otwierałaś? I nie odbierałaś telefonów! W dodatku samolot się spóźnił. I ten śnieg na ulicach. Przywitajcie się z babcią!
Kobieta znów widzi jak przez mgłę, ale pochyla się i czuje pocałunki na policzkach. Ktoś ją przytula, ktoś głaszcze.
– Mój Boże, a ja myślałam... – mówi, ale nie kończy, tylko dotyka ciepłymi dłońmi kolejne zmarznięte nosy.

Wojciech Widłak

 

Polecamy