Magazyn dla rodziców

Nie wiesz, czy posłać dziecko do szkoły? Zrób test dojrzałości szkolnej i sprawdź

Zwycięstwo

  • tagi:
Z tej wysokości świat przypominał makietę. Domy wyglądały jak oklejone pudełka zapałek, a kościół – jak puszka po sardynkach z tekturową wieżą. Na łące pasły się maleńkie krówki jakby ulepione z plasteliny. Pilot nacisnął guzik i spod skrzydeł maszyny odpadły dwa dziwne przedmioty. Przypominały trochę ogromne ananasy. Pękate bańki i pióropusz żelastwa. Leciały w dół na łeb na szyje. Kurczyły się, malały i w końcu znikły. Chwilę później na dole w niebo strzeliły dwa ogniste krzaki. Wieża kościoła przechyliła się i runęła na sąsiedni domek.

– Zupełnie jak ten zamek z piasku – Pilot uśmiechnął się do swoich wspomnień.
Miał wtedy siedem, najwyżej osiem lat. Morze szumiało miarowo. Niewielkie fale psotnie trącały bezkresną pustą plażę. Siedział osłonięty od wiatru w zacisznym zagłębieniu i na żółtym kopczyku układał zebrane muszelki – okienka w piaskowej twierdzy. Nagle poczuł na sobie czyjś wzrok. Kilka kroków od niego stał nieznajomy chłopiec – na oko rówieśnik. Krótkie spodenki, koszulka w kratkę, rozczochrane blond włosy. Stał i patrzył. Nie uśmiechał się ani nie krzywił. Chciał się razem bawić albo wdepnąć w środek zamku. Coś myślał, ale nic nie mówił. Po prostu stał i patrzył.

– Czego się gapisz? – spytał Pilot, żeby zaznaczyć, kto rządzi w tej części świata.
Tamten najeżył się i warknął:
– To moje miejsce. Zająłem sobie rok temu.
– Rok temu było rok temu – odburknął Pilot i groźnie uniósł blaszaną łopatkę.
Tamten nie miał przy sobie broni, więc rozsądnie wycofał się w dalsze rejony plaży.

Następnego dnia rano Pilot zastał swój zamek w ruinie. Na jego miejscu zaczęła się już nowa budowa. Tym razem Tamten nie był sam. Miał jeszcze kolegę. Obaj ściskali w rękach zębate grabki.
– Wynocha stąd! – powiedział Tamten.

Pilot pomyślał, że jednego dałby radę zdzielić łopatką i przegnać ze swojego terenu, ale z dwoma niestety nie miał szans. Żeby nie było niehonorowo, wspomniał coś o głupkach i świniach. Tamci gonili go przez kawałek plaży, ale nie zdołali dziabnąć go w plecy grabiami. Jemu za to udało się trafić jednego muszelką w tył łydki, kiedy wracali w stronę ukradzionego skrawka plaży.

Budowanie w innym miejscu w ogóle nie było przyjemne. Piasek do niczego się nie nadawał, kamyki mniej błyszczały, a na dodatek wciąż słychać było śmiechy Tamtych. Pilot nie mógł się już doczekać czwartku. W czwartek przyjeżdżali jego dwaj starsi kuzyni.

Twierdza wzniesiona w zacisznym zagłębieniu, była naprawdę wspaniała. Pięć baszt, każda z piórkiem na czubku, nad fosą most z patyczków, mury wzmocnione muszlami – widać było, że budowniczowie się nie lenili. Teraz szamotali się i wierzgali, ale obaj kuzyni byli o wiele silniejsi i mocno trzymali ich z tyłu za ręce. Pilot przyniósł z morza kamień wielkości pięści. Przytrzymał go nad zamkiem i puścił. Patrzył na wielką wyrwę w murze i basztę walącą się w gruzy. Patrzył na ogień buchający z kościelnej wieży i maleńkich ludzików biegających jak oszalali w tę i z powrotem. Czuł się zwycięzcą.

Paweł Beręsewicz
 

Polecamy