Magazyn dla rodziców

Przygotuj dziecko do pierwszej klasy. Skorzystaj z portalu z grami i zabawami edukacyjnymi przygotowanymi przez ekspertów

Zawód

Matka tak pięknie sobie to wszystko obmyśliła.
W najdrobniejszych szczegółach.
Pewnie na długo przed tym, zanim zaszła w ciążę.
W końcu nawet to, u kogo odbędzie się następna kolacja wigilijna, planuje na trzy lata do przodu, bo skoro Boże Narodzenie nie jest świętem ruchomym, to chyba można je zaplanować z wyprzedzeniem? W czym problem?

Miasteczko, w którym urodziła się Matylda, jest małe, ale zadbane. Na rynku wyłożonym kostką brukową stoi fontanna i kilka ławek. Sklepy można obejść w godzinę. W niedzielne popołudnia wystrojeni mieszkańcy idą do kościoła, a później przed lodziarnią, w której produkuje się lody według starej receptury („bez tych sztucznych świństw, które teraz dodają do wszystkiego”), ustawia się długa kolejka. Poza tym kilka razy do roku odbywa się festyn – na scenę wchodzi paru lokalnych polityków, a później śpiewa jakaś gwiazdka, znana głównie z TV. Wykonuje kilka kawałków, czym prędzej pakuje sprzęt i jedzie do kolejnego miasteczka, na kolejny festyn.

Kiedy Matylda była mała, kochała to miejsce. Zabawy z koleżankami, lody kupowane na rynku i zapach apteki. Mogła przesiadywać tam z babcią i mamą w nieskończoność. Nigdy się nie nudziła. Klienci zwracali się do niej: „pani kierowniczko”, a ona z poważną miną pakowała leki i kosmetyki do małych reklamówek. Kiedy była nastolatką, wszystko się zmieniło. Wpadała do apteki na chwilę, zazwyczaj tylko po to, żeby zapytać o coś matkę albo poprosić ją o pieniądze. Popołudnia spędzała w domu kultury. Kobieta, która prowadziła zajęcia z rysunku i malarstwa, potrafiła udowodnić, że nawet w tak małym mieście można zrobić coś ambitnego.

Kiedy Matylda poszła do liceum, matka zadecydowała, że córka poświęca zbyt wiele czasu na głupoty. Odtąd miała zająć się tym, co najważniejsze – dodatkowymi lekcjami chemii i biologii. Miejscowe liceum było nienajgorsze, ale żeby dostać się na farmację, klasa o profilu biologiczno-chemicznym to przecież za mało.
Odtąd Matylda uczyła się obu przedmiotów popołudniami, trzy razy w tygodniu. Najpierw tylko ją nudziły. Z biegiem czasu zaczęła ich naprawdę nienawidzić.  

Oczywiście o zdawaniu na kierunek inny niż farmacja nie mogło być mowy.
– Dobry fach w ręku! – powtarzała matka. – Pomyśl tylko, jakie ty masz szczęście! Dostajesz wszystko na tacy. Inni muszą harować na to całe lata, tak jak babcia harowała, kiedy założyła aptekę. Kto z twoich znajomych ma tak dobrze? Nikt. Warto byłoby to docenić, moja skwaszona panno.

Dostała się za pierwszym razem. Matka o mało nie pękła z dumy. Gdyby mogła, to sama wyprawiłaby z tej okazji festyn na rynku, zapłaciła za występ Maryli Rodowicz i sztuczne ognie o północy.

Samolot schodzi do lądowania.
Kiedy dotrą na miejsce wyśle do niej maila, żeby nie robiła afery i nie zgłaszała zaginięcia na policję. I tak na pewno stwierdzi, że córka została porwana, że ktoś dosypał jej czegoś do drinka, że zaczęła brać narkotyki albo wstąpiła do sekty.

Kiedy w sesji zimowej Matylda nie zdała jednego z trudnych egzaminów, ukryła to przed matką. Tego dnia, kiedy miała zacząć kuć do poprawki, poznała Grześka. On jeden ją rozumiał. Też nienawidził tych studiów i poszedł na nie tylko dlatego, że ktoś musiał przejąć rodzinny biznes.
Nie wiedział jeszcze dokładnie, co będzie robić – poza tym, że na pewno chce wyjechać za granicę.
– Przynajmniej na rok – zdecydował.
– Właśnie. Że też mi to nie przyszło do głowy – mruknęła.

Gdyby miała jakieś rodzeństwo, to może siostra czy brat byliby zachwyceni perspektywą życia w miasteczku i prowadzenia apteki na spółkę z matką. Jej, na samą myśl, że miałaby tam wrócić, robiło się słabo.

Sprawdza, czy dobrze zapięła pas.
Najważniejsze, że nie jadą w ciemno, że mają już nagraną robotę w restauracji znajomych Grześka. Nigdy nie pracowała w restauracji, właściwie to nigdy nie musiała pracować, ale przekonał ją, że da sobie radę.
Odłoży trochę forsy, a potem wróci do Warszawy i pójdzie na zaoczną architekturę wnętrz.
Grzesiek otwiera oczy. Spogląda na nią i uśmiecha się tym rodzajem uśmiechu, który obiecuje, że nie zamierza mówić jej, kim ma być.
To miła odmiana – być sobą, po tych wszystkich latach.

Katarzyna Sowula
 

Polecamy