Magazyn dla rodziców

Nie wiesz, czy posłać dziecko do szkoły? Zrób test dojrzałości szkolnej i sprawdź

OKROPNE? NIE! OKROPNIE ŚMIESZNE! czyli o radości czytania i humorze w literaturze dziecięcej

Pippi Pończoszanka ośmieszająca instytucję szkoły, Koszmarny Karolek mający za nic całą swoją rodzinę z arcygrzecznym braciszkiem na czele, kret usiłujący dociec, kto mu „narobił” na głowę… Dziecięcych czytelników to śmieszy, dorosłych – niekoniecznie. Dorosły widzi, że to „niepedagogiczne”, „głupie”, „obrzydliwe” – i zaczyna się niepokoić: co tu zrobić z taką książką…? Czy pozwolić dziecku na te salwy śmiechu rozbrzmiewające z karygodnych, w gruncie rzeczy, powodów?

„Trzeba czytać!”

O tzw. pożytkach czytania powiedziano już wiele. Przywykliśmy wierzyć w edukacyjną i wychowawczą rolę literatury dla dzieci. Istotnie, kiedyś pełniła takie właśnie – i tylko takie – funkcje, bo i zrodziła się z dydaktycznych i pedagogicznych potrzeb szkoły. Pierwszymi tekstami pisanymi z myślą o czytelniku dziecięcym były umoralniające i pouczające czytanki. Twórczość dla dzieci w jej pisanej odmianie wykrystalizowała się w Oświeceniu, wcześniej uczniów raczono żywotami świętych, traktatami o dobrym wychowaniu i Gesta Romanorum. Od tego czasu sporo się jednak wydarzyło w świecie literatury dziecięcej.

„Trzeba czytać, bo książki mogą nas wiele nauczyć”. To prawda, o ile mamy na myśli głębszy wymiar życia niż przyswajanie „encyklopedycznej” wiedzy. W XXI w. dziecko znacznie szybciej odnajdzie potrzebne mu informacje, korzystając z dobrodziejstw komputera i Internetu. Książka nie jest mu do tego potrzebna. Gdyby „zadaniem” literatury było edukowanie młodego czytelnika, należałoby się czym prędzej pozbyć takich tomów jak 35 maja Kästnera czy KrUlewna Śnieżka Butenki, bo logiki tam ani za grosz, tytuły wprowadzają zamęt do dziecięcych umysłów, a jedyne, czego dostarcza lektura, miast ważnych wiadomości o świecie, to serdeczny chichot.

Idźmy dalej: „czytanie wzbogaca słownictwo” – oczywiście, ale czy to brzmi jak zachęta? „Czytanie rozwija wyobraźnię” – z całą pewnością, ale równie dobrze takim twórczym bodźcem może być inne medium. W jaki zatem sposób książka może zwrócić na siebie uwagę potencjalnego dziecięcego odbiorcy, jak ma go przyciągnąć, jak zatrzymać? Odpowiedź jest jedna: ta literacka pokusa musi mieć formę czytelniczych emocji. I jako dorośli wielbiciele powieści obyczajowych, kryminałów, reportaży, biografii itd. – sięgający po nie dla przyjemności, nawet jeśli ta przyjemność przybiera postać czytelniczych łez – tak naprawdę dobrze o tym wiemy.

Dziecięce królestwo śmiechu

Emocje literackie, pozwalające dziecięcemu czytelnikowi wnikliwie przyjrzeć się samemu sobie i światu, wynikają z intensywnego przeżywania treści książki. Dlatego nie należy z literatury dla dzieci eliminować ani smutku, ani śmiechu – choćby był to śmiech „niegrzeczny” i błazeński. Kraina dzieciństwa, oczywiście niepozbawiona problemów i rozterek, to przecież „wielka zabawa”, o jakiej w latach 60. pisał Jerzy Cieślikowski, wyjaśniając życiową postawę dziecka, które właśnie poprzez zabawę bada świat i nawiązuje relacje z innymi.

Do królestwa śmiechu wprowadzili polskie dzieci, w latach 30. XX w., Brzechwa i Tuwim. Dziś ich utwory znajdziemy w każdym szkolnym podręczniku, ale początkowo budziły sprzeciw pedagogów jako drwiące ze świata dorosłych, pełne absurdów i purnonsensu, ustanawiające rzeczywistość „na opak”. A jednak to właśnie one utrwaliły się w pamięci pokoleń, nie zaś umoralniające powiastki Jachowicza, z którego nazwiskiem kojarzymy dziś głównie chorego kotka i niewiele więcej. Dlaczego? Bo dziecko żyje śmiechem; śmiech jest lekiem na szarość i smutek świata, rozładowuje napięcie, przywraca zdarzeniom i zjawiskom odpowiednie proporcje. Brzechwa i Tuwim – a potem kontynuatorzy tego nurtu, jak Wawiłow, Kern czy Chotomska – zbuntowali się przeciw literackiej tradycji „cywilizowania” dziecka i „dopasowywania” go do sztywnych wychowawczych ram; poprzez śmiech dziecko staje się królem życia i czerpie radość z ekspresji swoich odczuć.

Humor w różnych odmianach

Śmiech w literaturze dziecięcej ma swoją tradycję i najróżniejsze odmiany. Humor z domieszką „życzliwej kpiny” wobec ludzkich postaw i słabości znajdziemy w klasycznych opowieściach o Kubusiu Puchatku, Muminkach, dzieciach z Bullerbyn.

Uporządkowany świat dorosłych wywróciła do góry nogami Astrid Lindgren, wprowadzając na scenę literacką Pippi – rudowłosą bohaterkę, która kwestionuje zasady i konwenanse i ani trochę nie stanowi „wzoru do naśladowania”. Negowanie autorytetu dorosłych i przyjmowanie perspektywy dziecka, zamiast grożenia palcem temu ostatniemu – kierowanie ostrza satyry na tych pierwszych, to bardzo wyraźny nurt literatury dziecięcej. Sémpe i Gościnny, Dahl (uznawany za prekursora antypedagogicznej twórczości dla dzieci), Francesca Simon kpią z dorosłych przedstawicieli porządku, ośmieszają ich, prowokują dziecięcego czytelnika do radosnego śmiechu z tego, co przedtem należało traktować z szacunkiem i powagą.

Pokrewnym zjawiskiem literackim jest przypisywanie dorosłemu cech dziecka i dziecięcej perspektywy oglądu świata, jak czynią to – by ponownie nawiązać do rodzimej twórczości – Kasdepke, Beręsewicz czy Olech; i znów efekt komiczny, znów drwina, znów błazenada.

I wreszcie śmiech z tego, co obrzydliwe – przykładowe tytuły mówią same za siebie: O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę (Holzwarth i Erlbruch), Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę (Davies).

Co z tym zrobić? Zrozumiałe, że jako dorosłym zdarza nam się odnosić z rezerwą do takich literackich przykładów „niestosowności” i kpin z autorytetów. Ale dziecko albo nie zna jeszcze konwenansów, sztywnych ram i ograniczeń, dlatego z nieskrępowaną uciechą się śmieje, albo, przeciwnie – już je poznało i potrzebuje „wentylu bezpieczeństwa”, który pozwoliłby mu wprowadzić do Poważnego, Uporządkowanego Świata trochę beztroski, przekory i karnawałowej rzeczywistości „na opak”. A że zaspokaja te potrzeby poprzez literaturę i dzięki niej właśnie znajduje ujście dla swoich odczuć i emocji – które przecież nie zawsze są „grzeczne” i „stosowne”, wszak ma do tego prawo – czy to nie triumf książki?

Jeśli zatem musimy już mówić o „pożytkach czytania” – mówmy o intensywnych doznaniach literackich, które sprawiają, że chce się sięgać po kolejne książki, o sposobie na rozładowanie wewnętrznych napięć, o uzdrawiającym czytelnika i jego świat – prawdziwym śmiechu.

dr Weronika Kostecka
Pracownia Badań Literatury Dziecięcej i Młodzieżowej UW
Wykładowca literatury dziecięcej na Uniwersytecie Warszawskim i w Wyższej Szkole Pedagogicznej ZNP
 
  Brak komentarzy


Polecamy